wtorek, 15 kwietnia 2014

"Elyta" broni się jak może

Powszechne oburzenie na istnienie parlamentarnych immunitetów jest w części zasadne, ale bardziej pożądane jest obrzydzenie zachowaniem samorządowców, którzy broniąc swoich kolegów przed rynkowymi mechanizmami - mylą „działalność radnego” z „prywatnym interesem radnego”. Kolejny prawnik, polityk Platformy Obywatelskiej i tzw. „elyta”, który jest pociechą dla biednych i głupich…

…bo okazuje się, że mądrzy też zachowują się w sposób żenujący, prymitywny i partykularny. Powinno być tak: jeśli działalność radnego narusza interesy jego pracodawcy, to – aby ten miał przysłowiowy „parasol ochronny” - prawo powinno go bronić przed pozbawieniem pracy w okresie pełnienia mandatu. Tyle standardów, bo one nijak się mają do dzisiejszej decyzji Rady Miasta w Zielonej Górze, a także wcześniejszych decyzji - i w sprawie innych radnych - Rady Miasta w Gorzowie. We wszystkich trzech przypadkach samorządowy „immunitet” posłużył do obrony prywaty, własnych pieniędzy i nie miał nic wspólnego z pełnieniem funkcji samorządowca. O co chodzi ? Mecenas Adam Urbaniak, to nie tylko uznany i szanowany prawnik, ale także etatowy doradca Banku BGŻ oraz platformerski przewodniczący Rady Miasta w Zielonej Górze. W banku ma pół etatu, ale instytucja ta – w ramach standardowych procedur oszczędnościowych – zamierza zamienić mu ów angaż na jedną ósmą etatu. I chociaż sprawa nie ma żadnego związku z jego pracą w charakterze samorządowca, to prawo wymaga, by opinię – także w takich przypadkach - wyrażały samorządy. Te zaś, każdy z radnych z osobna i na wszelki wypadek, zresztą bez względu na przynależność partyjną, zawsze swoich kolegów bronią. „To jest kolesiostwo. Denerwuje mnie to, że w przypadku przewodniczącego i jego zwolnienia zabieramy glos, a nie zabieramy go w przypadku innych pracowników. Wygląda to tak, że obchodzi nas los naszego przewodniczącego, ale reszta pracowników nas nie obchodzi” - uważa polityk Twojego Ruchu Filip Gryko. Rada etat swojego szefa obroniła, a podobnie żenujące sytuacje miały w przeszłości miejsce również w mieście nad Wartą. Prawicowemu pseudoideowcowi z Prawa i Sprawiedliwości Romanowi Sondejowi nie przeszkadzał fakt pełnienia funkcji Lubuskiego Kuratora Oświaty w administracji kierowanej przez Platformę Obywatelską, choć nominację odbierał od wicepremiera Romana Giertycha, a gdy wojewoda Helena Hatka chciała go z przykrego obowiązku pracy z ministrami rządu Donalda Tuska uwolnić i wystąpiła o odpowiednią zgodę do gorzowskiej Rady Miasta, ta jednogłośnie opowiedziała się przeciwko, powołując się przy tym na „samorządowy immunitet”. Obrońcami byli ludzie z tej samej gliny co ówczesny kurator i bynajmniej, nie bronili tylko kolegi, lecz również najbliższych. „Wojewoda w swoim wniosku nie podała żadnych powodów odwołania pana Sondeja” – perorował w 2008 roku „dietetyczno-spółkowy” radny Mirosław Rawa z PiS dając tym samym do zrozumienia, że kolega powinien być jak on: nie ważne z kim, nie ważne gdzie i dla kogo, ważne żeby płacili. Posady radnego Sondeja bronił nawet dzisiejszy wiceprezydent Stefan Sejwa: „Mógłby sam podać się do dymisji, ale osobiście proszę go, by tego nie robił. Pan Sondej posiada niekwestionowaną wiedzę merytoryczną, gwarantuje rozwój lubuskiej oświaty, jest kreatywny”. Kolejny raz rada użyła „immunitetu” do obrony kolegi w przypadku radnego PO, choć dzisiaj już znów PiS-u Marka Koseckiego. Nie z wnioskiem o zwolnienie, ale obniżenie wynagrodzenia w bankrutującym i zadłużonym szpitalu, wystąpił do Rady Miasta dyrektor Marek Twardowski. Chodziło o obniżenie wynagrodzenia do kwoty 2000 złotych, co też miało miejsce w kilkudziesięciu innych przypadkach. Wszyscy radni – z wyjątkiem mec. Jerzego Wierchowicza – byli oczywiście przeciw. Ujmując rzecz wprost – swój swojego nie ruszy: lepiej dzisiaj głosować za kumplem, to jutro kumpel zagłosuje za mną. To wszystko oczywiście w interesie publicznym …

Korek, worek i rozporek w polityce ....

Przykład zielonogórskiego rajcy, to inspiracja to głębszej analizy nad wpływem trunków, dziewczynek i pieniędzy na życie publiczne. Mają rację przedstawiciele tajnych służb – tych dawnych oraz współczesnych - że najlepszym sposobem na rekrutację współpracowników jest jedna z trzech przypadłości, które symbolizują: korek, worek oraz rozporek. Inaczej mówiąc: skłonność do alkoholu, finansowa chciwość i słabość do kobiet. Politycy popadają w kłopoty z powodu powyższego najczęściej bez aktywności służb specjalnych …

Od lewej: J. Kaczanowski, W. Szadny, J. Bachalski i K. Kawicki
… a wspólnym mianownikiem dla ich „wybryków” był zawsze alkohol. Jedni przyznają się od razu, inni próbują racjonalizować, a nawet oskarżać, jeszcze inni obracają wszystko w żart. Co ciekawe, kłopoty lubuskich polityków po alkoholu nie mają zabarwienia partyjnego i dotyczą zarówno lewicy, prawicy, jak też partii tzw. środka. "Nie wiem jak doszło do tego zdarzenia. Po wyjściu z lokalu, gdzie uczestniczyłem w wieczorze kabaretowym, straciłem z nieznanych mi powodów, świadomość” – mówił w 2007 roku polityk zielonogórskiego Prawa i Sprawiedliwości Robert Sapa, który tak pokochał swoje miasto, że postanowił przespać się na usytuowanej pod tamtejszym ratuszem ławce. Gdy zaniepokojeni policjanci próbowali go obudzić – jak przystało na PiSiora - zaczął wymachiwać rekami, kopać ich, a także mocno im ubliżać. Ostatecznie sprawa trafiła do sądu, a ten sprawę umorzył dając politykowi rok próby. Rok wcześniej, bo w październiku 2006 roku, pełni „snu sprawiedliwych” nie zaznali także politycy gorzowskiej Platformy Obywatelskiej poseł Waldemar Szadny i senator Jacek Bachalski, dzisiaj lider Twojego Ruchu i kandydat do Parlamentu Europejskiego. Tu jednak udało się ustalić winnego – w Gorzowie gościł tego dnia lider PO Donald Tusk, a gdy odjechał do Warszawy, „absolutnie trzeźwi” politycy postanowili skosztować serwowanych na „Statoil” hot-dogów. Wówczas poseł poszedł do toalety, a senator zasnął na stoliku. Poseł mocno mu pozazdrościł i w spokoju postanowił zrobić to samo, co nie umknęło bystrej uwadze „zatroskanego obywatela”, a zdjęcie trafiło do mediów. „Absolutnie nie byliśmy pijani. To był dla nas trudny dzień. Bardzo trudny i stresujący. Spadła adrenalina i nasze organizmy wysiadły. To musiała być chwila” – tłumaczył w „Gazecie Wyborczej” ówczesny senator RP Jacek Bachalski, nie robiąc przy tym z całej sytuacji dramatu, bo też nie miał powodu – po prostu był zmęczony polityką. Więcej krzepy okazują się mieć przedstawiciele lewicy, bo nie tylko nie zasypiają, ale w dodatku mogą kontynuować imprezy nawet po ich oficjalnym ich zakończeniu. Rzecz zdarzyła się w 2005 roku, a bohaterem medialnego skandalu okazał się członek zarządu województwa – dzisiaj wiceprezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej - Maciej Kałuski. Policja zatrzymała go po 2-ej w nocy z alkoholem w ręku, a gdy próbowała wylegitymować, by wlepić mandat za picie w miejscu publicznym, mocno i wulgarnie się jej oberwało. Polityk publicznie zaprzeczał, ale policjanci byli pewni swego. „Pił w miejscu publicznym i przeklinał. Nie badaliśmy go alkomatem, bo nie było to konieczne” – mówił wówczas rzecznik nowosolskiej policji. Nie był pierwszy, a „korek” był powodem kłopotów dwóch innych działaczy SLD – tym razem w Gorzowie, co miało miejsce w 1997 i 2003. Pierwsza data dotyczy ówczesnego członka Zarządu Miasta Jana Koniarka, który mocno „pod wpływem” proponował swoje „nietypowe usługi” uczestniczkom targów budowlanych - których miasto było współorganizatorem, a druga odnosi się do wpadki przewodniczącego Rady Miasta Jana Kaczanowskiego. Uczestniczył z partyjnymi kolegami w imieninowej imprezie, po czym wsiadł do samochodu i z 0,7 promila „wpadł” na dwa policyjne radiowozy w miejscu, gdzie nie jeżdżą one nawet dzisiaj. „To prowokacja agencji ochrony” – bronił się wówczas J. Koniarek z SLD. „Popełniłem błąd, rezygnuję” – zachował się z godnością i klasą J. Kaczanowski. Wszystko mniej więcej w tym samym czasie, gdy piszący te słowa – wówczas w konserwatywnej AWS – „pod wpływem” został sfotografowany In flagranti i to nie z kimś bliskim, lecz kobietą lekkich obyczajów. Sprawa od początku szyta grubymi nićmi, ale nie zmienia faktu iż zadziałał nie tylko „korek”, ale również „rozporek”. „Potwierdziłem niestety tezę, że im wyżej małpa wchodzi na drzewo, tym bardziej widać jej tyłek” – to tłumaczenie z raczkującego wówczas TVN24. Współczesność to jednak przede wszystkim „korki” i kłopoty z alkoholem, choć przykład byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza potwierdza tezę, że samcza pożądliwość  - a więc ów mityczny „rozporek” - potrafi wywołać skandal nawet wśród największych. „Sezon na leszcze” rozpoczął dwa lata temu lewicowy doradca Prezydenta Zielonej Góry Tomasz Misiak, który tak się zaangażował w organizację „Winobrania”, że tuż nad ranem zatrzymano go z niespełna promilem w organizmie. Nie kręcił, nie zmyślał, ale zachował się z klasą. „Nie chcę szkodzić miastu i prezydentowi, odchodzę” – ogłosił dosłownie po wyjściu z komisariatu policji. Trochę inaczej niż sekretarz Gorzowa Ryszard Kneć, który przestępstwa nie popełnił, ale jednak przyłapano go „pod wpływem”, gdy swoim samochodem przejechał na pomarańczowym świetle. „Kierowca znajdował się w stanie po spożyciu alkoholu” – ogłosił w mediach rzecznik lubuskiej policji Sławomir Konieczny. Sam zainteresowany twierdził, że to nieporozumienie bo wypił jedynie lekarstwo o nazwie „Vita Buerlecithin”. W 2009 roku sąd go skazał za wykroczenie, ale na szczęście w polityce i administracji pozostał, choć politycy opozycji z wykroczenia próbowali zrobić wielką aferę. I teraz sytuacja ostatnia – a tym samym najbardziej żenująca przykład politykierstwa i cwaniactwa, którego bohaterem stał się „pupil” poseł Bożenny Bukiewicz. Zielonogórski radny Platformy Obywatelskiej Kamil Kawicki nie tylko dostał „korkiem”, ale podjął nawet próbę relatywizowania swojego czynu, a po wyroku skazującym przyspawał się do fotela w zielonogórskiej Radzie Miasta, która dzisiaj – po tygodniach kombinowania przez polityków „zgniłej” Platformy Obywatelskiej – podjęła uchwałę o wygaszeniu mu mandatu. „Swój czyn oceniam nagannie, mieszkańców przeprosiłem, ale to jest polityczna nagonka. Czuję się dobrze w pracy z ludźmi na osiedlach” – powiedział w Radiu Zielona Góra, nie zamierzając rezygnować z pracy w Radzie Miasta do dnia rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Administracyjny. Jego pewność siebie, to przede wszystkim efekt obrony przez liderkę PO, co niektórzy żartobliwie i na wyrost interpretowali nawet, że może potajemnie oberwał także „rozporkiem”. Fakty są takie, że godniej by się zachował rezygnując, bo nowy Kodeks Wyborczy – który zacznie obowiązywać już na jesień - uniemożliwia kandydowanie tylko osobom skazanym na karę pozbawienia wolności, a w jego przypadku była to tylko grzywna …

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Surmacz czy Pieńkowski ?

Pierwszą ligę gorzowskich samorządowców zdobył przebojem, potem sprytnie i podstępnie zdobył przywództwo w powiatowych władzach Prawa i Sprawiedliwości. Przebił się do centrali i zaznaczył tam swoją obecność w Radzie Politycznej. Teraz chciałby zawalczyć o pozycję przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu, ale to może się okazać trudniejsze niż myśli…

Lider gorzowskiego Kongresu Prawicy Rafał Zapadka, to działacz historycznie zasłużony, ale politycznie całkowicie wyalienowany i niestety – pozbawiony realnej oceny rzeczywistości. Tak też należy postrzegać powołany przez niego komitet na rzecz przyszłej prezydentury Sebastiana Pieńkowskiego.  Doszliśmy do wniosku, że właśnie on będzie odpowiednim człowiekiem. Skoro ma plany ubiegać się o urząd, to wykona solidną prace do jesieni. On może być jeszcze bardziej popularny niż bohaterowie masowej kultury – mówił nie dalej jak tydzień temu lider konserwatywnych liberałów. Fakty są takie, że na prawicy trwa spór o to, kto będzie kandydatem w jesiennych wyborach prezydenckich – inne dla polityków się nie liczą, bo nie dają możliwości obdzielenia rodzin, znajomych i kochanek posadami w ratuszu oraz podległych jednostkach. W obecnej sytuacji oczywistym jest, że wybory wygra urzędujący prezydent Tadeusz Jędrzejczak, ale spór idzie o coś więcej: kto i jakie zajmie pozycje z ramienia Prawa i Sprawiedliwości w przyszłorocznych wyborach do Sejmu i Senatu. „Pieńkowski musi się jeszcze uczyć, ale chce startować do Sejmu” – mówi NW stronnik tzw. „Hawelańskiej”. Ujmując rzecz szerzej i poza wybory samorządowe – do wzięcia są 4 mandaty poselskie i 1 senatorski po skompromitowanej senator Helenie Hatce, a chętnych na miejsca biorące wielu. Oprócz liderów Marka Asta, Elżbiety Rafalskiej i Jerzego Materny, chrapkę na parlamentarne ławy ma nie tylko brat biskupa Władysław Dajczak, były wiceminister Marek Surmacz, ale także S. Pieńkowski. Sukcesem tego ostatniego jest samo zaistnienie w gronie liderów gorzowskiej prawicy, a nawet przejęcie przywództwa w powiatowych strukturach PiS-u. Jest jednak pewien problem – choć w Gorzowie jest już kimś, a nawet zasiada w Radzie Politycznej PiS-u, to przez górę partii postrzegany jest głównie jako ideowy i bystry chłopak ze struktur – działacz mocno lokalny. Owszem, nie można zaprzeczyć temu iż dzięki Pieńkowskiemu czy Robertowi Jałowemu, PiS nabrał w Gorzowie na powadze oraz nowym wizerunku – jako partia coś proponująca, a nie jedynie krytykująca, ale ze świeczką szukać wśród jego znajomych takich, którzy widzieliby go już nie tylko w roli prezydenta, ale nawet kandydata na ten urząd. „Sebastian to uczciwy i mądry polityk. Nie nadaje się jednak na to by rządzić miastem” – mówi były polityk AWS, a dziś w PiS, który uważa, że gdyby Pieńkowski kandydatem jednak został, to mogłoby się to obrócić przeciw niemu samemu. „Z komuchami nie wygra, a przegrana jest pewna w pierwszej turze. Słaby i gorszy od Surmacza wynik spowodowałby, że nasza działania, by zmienić PiS na lepsze, miałyby osłabionego lidera” – mówi działacz. „Kampania nie będzie grzeczna” – ogłosił w „GL” ekswiceminister Surmacz, co w jego przypadku, nie jest niczym nowym, ale pokazuje również motywację: kampania nie ma służyć PiS-owi, ale Surmaczowi. „On gra tylko na siebie, a przecież my szykujemy się do wyborów parlamentarnych” – mówi polityk zbliżony do trzeciego koła PiS. Myślenie zasadne, ale łatwo przewidzieć, że gdyby jakimś cudem S. Pieńkowski został kandydatem PiS w wyborach prezydenckich, to jego koledzy z ul. Hawelańskiej bliżsi będą filozofii „podkładania świń”, albo przynajmniej bierności, niż hasła: „Wszystkie ręce na pokład”. Pewien kłopot – nawet dla działaczy dawnego PiS-u – bierze się stąd, że Pieńkowski jest naprawdę aktywny i pracowity, a dla partii robi bardzo dobrą pracę, co tworzy jednak mylne wrażenie, że jest prawdziwym liderem w mieście. Dzisiaj młody lider ma przed sobą co najmniej trzy etapy walki po dalszy byt w polityce, przy czym osiągnięcie pierwszego, nie gwarantuje sukcesu w drugim, a porażka w drugim, to szlaban dla trzeciego. Pierwszy etap – to wejście do gry o prezydenturę. Drugi etap – to realnie uzyskany wynik i pozycja, gdzie liczyć się będzie co najwyżej trzecia pozycja za Jędrzejczakiem i kimś jeszcze. Jeśli tak się nie stanie, nawet gdyby PiS przy sondażowych zwyżkach zwiększył liczbę mandatów w Radzie Miasta, to S. Pieńkowski na długie lata zostanie już tylko samorządowcem, bo kolejna szansa nie pojawi się szybko. Szansą jest „umiarkowana miłość” prezesa M. Asta do M. Surmacza, który niekoniecznie chciałby wspierać kogoś, kto za rok lub dwa, podejmie przeciwko niemu otwartą walkę. W razie czego - Pieńkowski ma jednak otwarte pole gdzie indziej. „On może być jeszcze bardziej popularny niż bohaterowie masowej kultury”- powiedział na konferencji prasowej R. Zapadka.  

Pół miliona prokuratorskich kosztów w aferze budowlanej...

Kiedy urzędnik zostanie przyłapany na wątpliwej pracy za spore pieniądze – mówi się wówczas o „niedbalstwie” lub „niegospodarności”. Podobnie w sytuacji, gdy osoba zarządzająca środkami publicznymi, przekaże je komuś niekompetentnemu, narażając w ten sposób podatników na poważne straty - wtedy podnosi się zarzut „niedopełnienia obowiązków”. Minimum pół miliona złotych będą wynosić koszty Skarbu Państwa w kontekście działania prokuratorów w tzw. „aferze budowlanej”…

… tak wynika z odpowiedzi, którą na użytek publikacji książkowej zadał jej blog Nad Wartą. Niewiele mniej pociągnęły za sobą koszty sądowe, ale te nie zostały jeszcze oficjalnie podliczone, a odpowiedź zostanie udzielona pod koniec tygodnia. Tymczasem strony postępowania w tzw. „aferze budowlanej” otrzymały w ubiegłym tygodniu pisemne uzasadnienie sędziego Rafała Kraciuka o cofnięciu sprawy do ponownego rozpoznania przez prokuraturę. „Akta bezspornie wskazują na istotne braki postępowania, zwłaszcza na potrzebę poszukiwania i gromadzenia dowodów. W związku z tym śledztwo wymaga uzupełnienia(…). W realiach przedmiotowej sprawy bezsporne jest, iż znaczna część zarzutów, które podlegają ponownemu rozpatrzeniu, oparta została przez oskarżyciela publicznego na opiniach biegłych(…). Bezsporne jest, iż opinie biegłej są niepełnowartościowe i oparte na szczątkowym materiale źródłowym, a przy tym nieuwzględniające stanowisk oskarżonych” – napisał w swoim uzasadnieniu sędzia R. Kraciuk. W tym kontekście pikantnym jest fakt, że na całym procesie stracili wszyscy - nie zyskał wymiar sprawiedliwości - ale dorobili się jedynie biegli, którzy – w tym Teresa Paczkowska - zainkasowali w ciągu trwania procesu ponad 266 tysięcy złotych. Jeśli dodać do tego inne wyszczególnione koszty, a także czas i pensje prokuratorów, którzy zaangażowani byli w sprawę przez ponad 8 lat – to nie łatwo o konstatację, że tylko na poziomie prokuratorskim koszty procesu przekroczyły 550 tysięcy złotych. „Kwestia uzupełnienia śledztwa, to w realiach nie tylko konieczność powołania nowego rzetelnego biegłego, ale także odszukanie, ewentualne zabezpieczenie, weryfikacja i analiza dokumentów. Z tych względów oczywistym jest, że wszystkie wypełnione dotychczas czynności należy od nowa przeprowadzić w ramach śledztwa, a sąd w tych obowiązkach nie powinien wyręczać organów ścigania i Prokuratury” – napisał w pisemnym uzasadnieniu sędzia Kraciuk, który akurat na biegłych nie pozostawił suchej nitki. „W Polsce sądy wydają wyroki, ale tak naprawdę winę ustalają niekompetentni biegli” – to opinia karnisty prof. Tadeusza Cypriana. Inaczej mówiąc: media chętnie zajmują się działaniem prokuratur i sądów, które chętnie karmiły i karmią gorzowskich dziennikarzy newsami, ale biegli pozostają poza jakąkolwiek kontrolą: biorą duże pieniądze i uważają sie za mieszkańców Olimpu. Poziom ich ekspertyz bywa żenujący, ale nie ma się czemu dziwić, skoro ekspertami gorzowskich dziennikarzy „Gazety Lubuskiej” są: „pan z wąsami” oraz „pani przytulająca mocno dziecko”. Taki poziom, jakie możliwości, ale oficjalne koszta, gdzie pozycja "biegli" obejmuje kwotę 266 tysięcy złotych, musi robić wrażenie...

środa, 9 kwietnia 2014

Łukasz Chwiłka: Wielu chciałoby mnie udupić...

W łańcuchu pokarmowym układów polityczno-medialnych zawsze panował spokój i nikt nie chciał mówić o tym, że dziennikarze to wcale nie jest „czwarta władza”, ale rodzaj „kelnerstwa”. Nie dotyczy to wszystkich – a właściwie niewielu, ale całość świadczy źle nie o mediach i dziennikarzach, lecz o politykach. To nie politycy są ofiarami mediów, ale media ofiarami polityków…

Rozmowa z ŁUKASZEM CHWIŁKĄ, kontrowersyjnym dziennikarzem gorzowskich redakcji.
N.W.: Dziennikarz to w tak małym mieście jak Gorzów „czwarta władza” - która kreuje i decyduje, czy raczej - w warunkach lokalnych kiepsko wynagradzany rzemieślnik, który musi dorobić na boku i dłubie z numeru na numer, tekstu na tekst ?
Ł.Ch.: Skoro dziennikarze dorabiają na boku, prowadząc chałtury albo „przyjmują wsparcie” za materiały, to chyba nie jest to dowód na ich niezależność finansową. Panuje powszechne przekonanie, że zarabiają tylko dziennikarze karmieni państwowymi pieniędzmi, czyli publiczne radio i telewizja. Lub przynajmniej mają ten komfort, że wypłata będzie cała i na czas. Jednak z tego, co mówi się na mieście, to chyba też nie do końca prawda. Nie widziałem, żeby któryś dorobił się porsche czy lamborghini. Powiedzmy, że to taka hiperbola.
N.W.: Bida z nędzą ?
Ł.Ch.: No trochę. Pracując z gorzowskimi dziennikarzami, widziałem przecież jak się ubierają, czym jeżdżą czy nawet jakich dyktafonów używają. To raczej nie jest szczyt luksusu i prestiżu. Niektórzy latami używają „startych”, do granic możliwości eksploatowanych magnetofonów i to nie dlatego, że są niezawodne, ale po prostu ich nie stać na nowy. Jeśli z kolei pytasz o władzę, to z własnego doświadczenia wiem, że jest złudna i krótkotrwała. Co z tego, że dzisiaj jestem gwiazdą, bo odpaliłem newsa i kogoś udupiłem, skoro jutro nikt o tym nie będzie pamiętać. Wydawca spóźni się z wypłatą, a ja gazetą z swoim nazwiskiem w sklepie nie zapłacę.
 N.W.: Uchodziłeś za dziennikarza absolutnie „ponad” jeśli chodzi o merytorykę i odwagę, ale jednak chodziły opinie, że piszesz teksty za kasę. To nie zarzut, to pytanie czy w Gorzowie tak robi się dziennikarstwo i czy to standard, czy raczej tylko Ty znalazłeś taki patent ?
Ł.Ch.: To nie jest żaden patent. Dziennikarze i politycy, zawsze będą szli ze sobą ramię w ramię. Są na siebie skazani. To tzw. naczynia połączone. Kiedyś opowiedziałem bratu, że politycy płacą mi za teksty i wywiady. Wypalił, że jestem kelnerem. Na początku nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale dzisiaj rozumiem to doskonale. Polityk wymaga, zamawia i płaci, a ja mu podaje to w najlepszej formie - w takiej jakiej oczekuje – jak kelner w knajpie.
N.W.: Ejże, to chyba uproszczenie, bo politycy, którzy nie pełnią ważnych funkcji w regionie i mieście, to wolą się jednak najeść za darmo ?
Ł.Ch.: To fakt, kilka razy zmieniając talerze, by nie było widać ile jedli. Wracając do tematu. Dzisiaj mam trochę żal do siebie, bo to jest trochę kurestwo. Sprzedałem się politykom, którzy nie koniecznie byli tacy, jak ich opisywałem. Trochę rozmieniłem na drobne. Chyba za mało brałem jak na polityczną dziwkę? Może mógłbym więcej, jeśli tak to ile? Czy ograniczał mnie tytuł wydawnictwa, czy specyfika i wielkość miasta? Wiem, że takich kelnerów jest więcej. Ktoś zawsze odmówi, bo nie wypada. Nie szkodzi, pójdzie się gdzie indziej. Najlepsze, że w miejsce „kogoś”, można równie dobrze wstawić „polityk, co „dziennikarz”.
N.W.: Politycy lubią płacić za teksty ?
Ł.Ch.:.: Czy ty lubisz płacić za coś, co twoim zdaniem ci się po prostu należy? Chyba nikt nie lubi. Szczególnie politycy. Są to z reguły skąpi ludzie, nawet ci powszechnie uznawani za bogatych. Płacą nie dlatego, że chcą, ale dlatego, że muszą. Inaczej nikt by o nich nie wiedział. A brak miejsca w świadomości Pana X, czy Pani Y eliminuje ich jako polityków. Jest jeszcze osobna grupa polityków. Nazywam ich narcystycznymi zboczeńcami, bo dostają orgazmu na widok swojej twarzy w telewizji czy w gazecie. Zresztą każdy zaspokaja się tak jak lubi, oni najwyraźniej lubią patrzeć na siebie, nawet jeśli nie mają nic ciekawego do powiedzenia
N.W.: Wiem, że nie wymienisz nazwisk, ale może powiedz, którzy mieli największe parcie na media do tego stopnia iż gotowi byli płacić wiele ?
Ł.Ch.: Nie wiem, ile to dla ciebie wiele? Politycy płacili różnie. Jedni mieli wykupione miesięczne abonamenty inni płacili za jednorazowe akcje, jak tekst czy wywiad. W gazecie, w której pracowałem, czyli w 66-400.pl płaciło wielu polityków. Od zwykłych radnych, na posłach kończąc. Sam byłem autorem ofert dla nich. To było zwykłe wciskanie bzdur: kup polityku reklamę, to cię wyborcy zauważą. Byli tacy, co się na to łapali. Płacili miesięcznie nawet po tysiąc złotych od głowy. Mieli za to wywiad z narzuconymi przez siebie pytaniami i tekst w każdym numerze gazety, każdy materiał oczywiście z pozytywnym wydźwiękiem. Kupowali wszyscy, ci z PiS-u, SLD i PO. Tutaj nie obowiązywała legitymacja partyjna. Każdy chciał podlizać się czytelnikom.
N.W.: Z tymi wszystkimi, to chyba przesadzasz…
Ł.Ch.: Problemem zawsze było rozliczenie takich wydatków. Wiadomo, że każdy poseł czy senator dostaje co miesiąc pieniądze na prowadzenie swojego biura. Zawsze trzeba było wymyślić, jak ten wydatek ma być nazwany. Ale byli też tacy, co faktury nie chcieli. Otwierali portfel i wyciągali tyle, ile trzeba. Sprawa była załatwiona. Wójt chce być w gazecie – płaci, radny lewicy dawno nie był w mediach – płaci, tak było jest i będzie. Nasza gazeta upadła, a rynek nie lubi próżni. Będą następne, które będą rolować polityków tak jak oni nas w kampaniach wyborczych. Ktoś się oburzy tym co przeczyta, a za 5 minut poda, lub odbierze „pod stołem” co jego.
N.W.: Nie ma możliwości, by nie padło jedno, ale podstawowe pytanie: Jak to było z tym „usiłowaniem pożyczania od znanych w Gorzowie osób opowiadając o tym, że potrzebuje je dla Kamila Siałkowskiego i Filipa Góreckiego” jak napisało w swoim oświadczeniu dwóch dziennikarzy. Prawda czy fałsz ?
Ł.Ch.:.: Bzdura do kwadratu. Większej nie słyszałem od momentu, gdy ktoś zarzucił mi, że niby wolę chłopców. Polecam obu Panom, żeby odstawili leki. Jeśli nie, to równie dobrze mogą udać się członkami PiS do Smoleńska szukać trotylu albo badać kąt złamania brzozy. Jestem ciekaw jak miałbym to zrealizować, bo moja bogato rozwinięta wyobraźnia nie sięga tak daleko. Pewnie najpierw doczepiłbym sobie obleśną brodę, jaką nosi Kamil, i przybrał kilkanaście kilogramów, żeby go naśladować. Potem, jeśli byłoby mi mało pieniędzy, to kupiłbym okulary i przybrał głupawy wyraz twarzy, wcielając się w rolę Filipa. Tak by to chyba musiało wyglądać? I zupełnie na marginesie, politycy, tudzież jak mówisz „znane osoby w Gorzowie” mogą mnie lubić lub nie, ale moją twarz znają na pewno. Dlatego to się w ogóle kupy nie trzyma. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy życzy mi dobrze i chce mnie udupić. Domyślam się, kto stoi za tą mistyfikacją, ale póki nie mam dowodów nie będę chlapał jęzorem jak ci dwaj.
N.W.: Dobra, zostawiam na boku pożyczanie, bo to prywatna sprawa każdego człowieka i nawet jeśli rzekomym wierzycielem są ważne osoby, to nikomu nic do tego. Czy można powiedzieć, że świat mediów, gdzie dziennikarze - no może z wyłączeniem „Gazety Wyborczej” - nie zarabiają dużo, wisi na pasku lokalnych polityków ?
Ł.Ch.:.: Czytałeś zestawienie finansowe Urzędu Marszałkowskiego, z którego jasno wynika ile i jakim mediom się płaci? To chyba zbędne pytanie. Politycy zawsze będą karmić dziennikarzy pieniędzmi, szczególnie tych z mediów lokalnych. Oni są najbardziej podatni na taką korupcję. Nie jest przecież tajemnicą, że za materiał płaci się nie tylko w gazetach, ale też w prywatnych telewizjach. Flagowa gorzowska lokalna telewizja ma przecież swój cennik: za wywiad, za reportaż, a nawet za świąteczne życzenia. To nie jest tajemnicą. Jeśli ktoś tego nie wie, to wypił za mało wódki „z środowiskiem”. Potem ludzie to oglądają i myślą, że skoro ktoś jest w telewizji, to od razu jest mądry. A tutaj, ktoś jest w telewizji, bo akurat ma taki kaprys no i pieniądze.
N.W.: No to ile można wziąć za taki tekst o Surowcu, Kaczanowskim czy… ? Płacili gotówką czy w formie reklamy dla szefa ?
Ł.Ch.: Stawki były różne, oczywiście zależne od zasobności portfela polityka. To trochę śmieszne pieniądze, ale bywali politycy, którzy płacili np. 50 zł za wypowiedz do tekstu. Przykładowo jest radny, który specjalizuje się sprawach społecznych. Piszemy tekst w tym temacie, a on dzwoni, że chętnie dołoży do niego swoje dwa zdania. Przyjeżdża do redakcji, rzuca pieniądze na biurko i karteczkę ze swoją odręczną wypowiedzią.
N.W.: Błyskotliwie…
Ł.Ch.: Bez przesady. Żenujące. To było nawet fajne, bo nie trzeba było się wiele napracować. Brakowało tego, by przynieśli tekst do wklejenia na płycie, wtedy nawet nie musiałbym przepisywać. Droższe były wywiady, bo wiadomo, rozmowa pewnie zdominuje wydanie gazety, a do tego jest zdjęcie. Więc taki lans jest droższy. Często gotówkę dostawał autor wywiadu, a nie ukrywam, że wywiady w gazecie przeprowadzałem tylko ja. Byli tacy politycy, od których wydawca znany z umiłowania do alkoholu dostawał butelkę wódki. Pamiętam zabawną sytuację: jeden z najaktywniejszych w Twoim rankingu radnych (przez sympatię do niego nie wymienię nazwiska) przekazał Maciejowi Zakrzewskiemu (wydawcy) butelkę 0,7 w oficjalnej torebce miasta z logiem Gorzów-Przystań. Przystań na pięćdziesiątkę chciałoby się powiedzieć.
N.W.: Jakiś „hardcore” ?
Ł.Ch.:  Było tego sporo. Jednak największym prostakiem jest ważny radny PO, którego reklamy były chyba w każdym numerze gazety. Potrafił zapłacić fakturę za reklamę (i to z wielkim bólem), a następnego dnia dzwonił do wydawcy i skomlał: „To, co jakiś wywiadzik ze mną teraz?” Mimo, że akurat nic ciekawego nie robił, to dopytywaliśmy na jaki temat. Potrafił bez zażenowania odpowiedzieć: „Byle co. Tylko zdjęcie nowe zróbcie, bo tamto już za dużo razy szło”. Taka jest ta gorzowska polityka. Nie wspominając o tych, z którymi trzeba było rozmawiać z obowiązku. To była dopiero przeprawa. Pogadaj, zadaj pytania, które zrozumie, a potem przetłumacz jego odpowiedzi na język polski, żeby biedny czytelnik cokolwiek zrozumiał.
N.W.: Rozstałeś się ze swoim szefem w okolicznościach po których on rozsyłał oświadczenia, że „Łukasz Chwiłka nie reprezentuje wydawnictwa”. Można było odnieść wrażenie, że to nie Kamil Siałkowski czy Maciej Zakrzewski robili gazetę, ale pisał ją od początku do końca Chwiłka. Więc w czym problem ? Kasa ?
Ł.Ch.: Maciej Zakrzewski znany jest z wydawania różnych, dziwnych oświadczeń i zaświadczeń, wątpliwej legalności, czym zresztą zajmuje się już Sąd Rejonowy w Gorzowie. Czasy, kiedy byłem wolontariuszem już dawno minęły. Człowiek pracuje, by zarabiać, zarabia by wydawać i taką filozofię wyznawałem. Jeśli po 12 godzin, starasz się, by każdy przecinek był na swoim miejscu, znosisz humory wieśniaka, który nie dość, że jest Twoim szefem, ale też kolegą, a potem dostajesz kilka banknotów o dziwnie niskich nominałach, to jak masz dalej to ciągnąć. W tej gazecie pieniędzy nigdy nie było, a już na pewno nie na czas. Zaświadczy, to każdy, kto choć na chwilę tam zabawił. Poza tym wizja prowadzenia gazety, która zmieniała się z godziny na godzinę nie dawała poczucia stabilizacji. Jeśli wydawca sam nie wie czego chce, to kto miałby wiedzieć? Usłyszałbyś, że gazetę miał uratować np. „wzór na dziwki”, uwierzysz? My dziennikarze czy dział reklamy byliśmy tylko wynajętymi ludźmi. Szef miał mieć wizję i pieniądze, by ją realizować. W tej gazecie nie było ani wizji ani pieniędzy. Były za to ciągłe problemy, wyłączone telefony i wymyślane na prędce ściemy dla komorników, którzy hurtowo zajmowali konta gazety. To było chore, że cały numer gazety leżał złożony, a wydawca modlił czy drukarnia jeszcze raz uwierzy w bajkę o problemach z przelewem i dostarczy gazetę. Z gazety odeszli wszyscy, nie tylko ja. Zostali bracia Zakrzewscy, ale we dwójkę trudno robić gazetę, szczególnie jak jeden zna się tylko na robieniu ślubnych zdjęć, a drugi na opróżnianiu butelki z wódką.
N.W.: Masz problemy osobiste ?
Ł.Ch.: Tak, razem z autorem tego bloga uciekliśmy z zamkniętej terapii w szpitalu psychiatrycznym i jutro podbijemy świat. Tak zupełnie serio, jedyne tabletki, które biorę, to te od bólu głowy. Udzieliłem ci w miarę inteligentnych odpowiedzi na twoje pytania, a to znaczy, że mój mózg jeszcze pracuje. Nie chodzę na terapię, nie leczę się i nie biorę psychotropów. Ale z drugiej strony, nie wiem czy, mam , normalne życie. Jest dziwne, niepoukładane, często chaotyczne, ale je lubię, bo się nie nudzę. Kiedyś miałem swoje uzależnienia, zresztą jak każdy kto smakuje życia na 200% Mam to za sobą. Dzisiaj zamiast wciskać pieniądze do automatów i obstawiać kolor na ruletce, obstawiam jaka będzie jutro pogoda. To bezpieczniejsze i nie kosztuje. Poza tym dziwnie się czuje udzielając ci wywiadu. Zawsze byłem po drugiej stronie, a dzisiaj jestem jak Ania Mucha, która urodziła dziecko i biegnie z tym do tabloidów.
N.W.: Grubo, ale do tabloidu prostemu blogowi daleko. Kończąc Łukasz, masz sobie coś do zarzucenia ? Wielu Twoich interlokutorów Tobie ma wiele, nie w kwestii profesjonalizmu, bo tu byłeś absolutnym asem, ale w temacie etyki ?
Ł.Ch.: Nie chce wyjść na cynika, ale to przecież w biblii jest napisane: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Czy ja pracowałem w policji i przyjąłem łapówkę od pijanego kierowcy? Nie, pracowałem w prywatnej firmie, która wydawała gazetę, a ja lubiłem z kolei wydawać pieniądze. Pracodawca nie płacił, to trzeba było sobie radzić. Przecież nie wziąłem tych pieniędzy z czyjegoś portfela, ktoś mi je sam dał, co więcej - sam mi je zaproponował. Myślisz, że przeciętny czytelnik rozróżniał za czyje pieniądze pisałem? Polityka czy wydawcy? Uważam, że miał to gdzieś. Chciał informacji, newsa, czegoś czym mógł podzielić się z sąsiadem. Ja mu to dawałem, więc proszę, nie pytaj o etykę. Etyka i moralność pojawiają się wtedy, kiedy jesteś dziewczyną, masz 16 lat, zaszłaś w ciążę i nie wiesz, czy usunąć dziecko. Wtedy, to możesz myśleć co jest etyczne, a co praktyczne. Pisanie jest fachem, za który chce się dostawać wynagrodzenie. Nie było go z jednego źródła, to brałem z innego. Mógłbym powiedzieć, że byłem do tego zmuszony sytuacją. Byłoby to proste tłumaczenie. Takie zwalanie winy na innych jest przecież łatwe. Ale po co? Ktoś powie, że jak to, przecież obowiązuje mnie jakaś karta etyki mediów, spisana przez zgromadzenie osób o ponadprzeciętnych dochodach, które żyją w całkiem innych realiach. To ja odpowiadam. Takie zasady dobre są dla dziennikarzy, żyjących gdzieś tam w stolicy. Zarabiających sporo, dostających wypłatę na czas. Jak staniesz przed wyborem: wywalenie z mieszkania nie płacenie czynszu czy napisanie, że jeden, czy drugi jest dobrym człowiekiem, choć może to być nie do końca prawdą. Co wybierzesz?
N.W.: ...nic , po prostu cenię to, że powiedziałeś coś, co wielu dziennikarzy mówi nieoficjalnie od zawsze...




Ludzie Jabłońskiego nie chcą Bukiewicz w PE

Ostatni głos należy do wyborców, ale mandat najprawdopodobniej weźmie dwóch polityków Platformy Obywatelskiej: Rosati oraz Grodzki. Lubuscy działacze PO, popierający jeszcze kilka miesięcy temu w wyborach na szefa partii, byłego wojewodę i wiceministra, wolą kompetentnego człowieka ze Szczecina, niż ekscentryczną zielonogórzankę…

Trudno uwierzyć, że to się zdarzyło w rzeczywistości: publiczne Radio Zachód - będące pod mocnym wpływem zielonogórskich polityków PO i SLD - zaprosiło do studia prof. Tomasza Grodzkiego, który w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego reprezentuje Platformę Obywatelską. Co ważne – jest jedynym politykiem, który może pozbawić przewodniczącą regionalnych struktur PO Bożennę Bukiewicz, szans na zdobycie mandatu eurodeputowanej. Dlaczego ? Po pierwsze jest jedynym kandydatem ze Szczecina, którego mieszkańcy będą w najbliższych wyborach stanowić większość, a po absencji w wyborach Stanisława Nitrasa, głosy mieszkańców tego miasta ma niemal pewne. Po drugie – cieszy się ogromnym autorytetem naukowym i nie ma elektoratu negatywnego. I wreszcie po trzecie – ma całkiem skuteczny sztab wyborczy także w województwie lubuskim. „Tak, jestem jako pierwszy i jedyny ze Szczecina i chyba jako jedyny lekarz. Powinniśmy zewrzeć siły i wysłać do Parlamentu Europejskiego jak najlepszą drużynę. Myślę, ze cała drużyna kandydatów jest bardzo silna i każdy może wnieść coś pożytecznego począwszy od profesora Rosatiego, a na poseł Kochan kończąc” – powiedział prof. Grodzki, który w całym swoim wywiadzie nazwiska poseł Bukiewicz jednak nie wymienił. Prawda jest taka, że w Polsce są tylko trzy osoby, które mają tytuł profesora, są czynnymi chirurgami, dyrektorami  szpitali oraz w części zajmują się sprawami publicznymi: prof. Marian Zembala z Zabrza, prof. Wojciech Witkiewicz z Wrocławia oraz włąśnie zachodniopomorsko-lubuski kandydat PO do Parlamentu Europejskiego prof. Grodzki. „Te kilkanaście lat przenikania się tych unikalnych dziedzin, pozwoliło mi startować w wyborach europejskich z przekonaniem, że mogę sporo zrobić dla ochrony zdrowia” – powiedział w rozmowie z red. Krzysztofem Baługiem i od razu zaproponował konkretne rozwiązania: „Startuję do PE z przekonaniem, że mogę sporo zrobić dla zdrowia, bo proszę spojrzeć na to, ze w Europie jest wiele wspólnych polityk: celna, rolna, handlowa, a nawet monetarna, ale o zdrowotnej jakoś nikt się nawet nie zająknie”. Czy ma szansę ? Jeśli przyjąć, że w regionie może liczyć na bardzo poważny i aktywny sztab wyborczy, a poza tym pochodzi z regionu znacznie większego, to nie ma wątpliwości iż poseł Bukiewicz będzie trudno, nawet mimo dobrego wyniku 38 tysięcy głosów w wyborach do Sejmu w 2011 roku. „W ostatnich wyborach platformerskie głosy mieszkańców Szczecina wziął Sławek Nitras, a w Lubuskiem był jeszcze Artur Zasada. Teraz jest Rosatti biorący trochę wszędzie, ale z pierwszego miejsca, a potem Tomek Grodzki ze Szczecina. Bożenna będzie bez mandatu” – mówi polityk z południowej części województwa zaangażowany w kampanię na rzecz profesora ze Szczecina. Jemu podobnych – szczególnie w północnej części regionu - jest wielu i śmiało można powiedzieć, że na odpowiednim etapie kampanii wyborczej prof. Grodzki może liczyć na nieformalne wsparcie wojewody lubuskiego Jerzego Ostroucha, a także stronników oraz osobiście byłego wojewody i marszałka Marcina Jabłońskiego. Czy to zemsta za przegrane wybory tego ostatniego ? „Nie, skądże! Działamy na rzecz partii, żeby do Europy poszli najlepsi” – mówi z przekąsem jeden z polityków. Tymczasem politycy lubuskiej PO nie zasypują gruszek w popiele i zaczynają mówić o finansach kampanii europejskiej. Zarząd Główny partii przeznaczył do podziału dla regionów w tych wyborach 8 milionów złotych, gdzie pierwsza transza dla lubuskiego wyniosła 65 tysięcy, a dla zachodniopomorskiego 125 tys. Tymczasem przewodnicząca Bukiewicz, zamiast rozdzielić środki i wesprzeć także Mirosława Marcinkiewicza oraz Halinę Kunicką, postanowiła zaangażować się z kampanią wyborczą poza regionem w Koszalinie i Świnoujściu. Kolejna transza już za dwa tygodnie, a w zespole zaufania coraz mniej…

Będą problemy, a mógł przeprosić

Większość polityków i obserwatorów zdaje się postrzegać proces gorzowskich samorządowców jako marginalną „potyczkę” dwóch ambitnych polityków: jednego spełnionego, a drugiego dopiero chcącego się spełnić. Bynajmniej, nic bardziej mylnego – „marginalny spór”, nawet z bardzo niskim wyrokiem skazującym, będzie miał bardzo duże konsekwencje polityczne dla bohatera

Zdolny i przedsiębiorczy, powiedział za dużo w odniesieniu do kogoś, kto
jako były wiceminister i doradca Prezydenta RP, miał powody uznać to za bar -
dzo poważne oskarżenie w zakresie jego działalności. Mógł przeprosić ...
Najpierw wyjaśnienie – proces pomiędzy byłym wiceministrem z Prawa i Sprawiedliwości Markiem Surmaczem, a przewodniczącym radnych Platformy Obywatelskiej Robertem Surowcem nie odbywa się na kanwie przepisów cywilnych - które nie mają żadnych reperkusji politycznych w postaci utraty mandatu radnego oraz biernego prawa wyborczego. Były wiceminister M. Surmacz, złożył przeciwko radnemu R. Surowcowi prywatny akt oskarżenia. Posiada on taką samą wagę jak akt oskarżenia wysyłany do sądu przez prokuraturę. Oznacza to dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze – przewodniczący R. Surowiec nie jest pozwanym, lecz oskarżonym – czego dziennikarze w swoich relacjach unikają, a co ma istotne znaczenie. Po drugie – ewentualny prawomocny wyrok skazujący polityka PO na chociażby niewielką grzywnę, będzie rodził konsekwencje prawne w postaci utraty samorządowego mandatu i na jakiś czas możliwości kandydowania. O co poszło ? Teoretycznie o nic wielkiego – bo wzajemne oskarżenia i epitety w polityce to nic wielkiego i nie lata się z tym od razu po sądach, ale nie przypadku polityka, który – inaczej jak R. Surowiec – miał w rękach realną władzę i wpływy. „Po tym, jak w 2006 r. jednym głosem wygrałem wybory na szefa rady, Marek Surmacz powiedział mi, że on z Elą Rafalską mogą teraz wszystko załatwić i popamiętam. Rok później miałem zarzuty, o których dowiedziałem się nie od prokuratora, tylko od dziennikarki Gazety Lubuskiej” – powiedział Surowiec, co w kontekście sprawowanej przez M. Surmacza władzy, mogło zabrzmieć poważnie. „Od czerwca trwają naloty dywanowe na Marka Surmacza. We wszystkich wypowiedziach politycy PO i SLD atakują moją osobę. Przyzwyczaiłem się do tego, ale pan Surowiec przeholował. Ma tydzień, by uczynić to w sposób mnie satysfakcjonujący. Jeśli tego nie zrobi, skieruję do sądu prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 Kodeksu karnego” - powiedział – stwierdził szef klubu radnych PiS, po czym złożył w sądzie karnym stosowny prywatny akt oskarżenia. Dzisiaj politycy PO robią sobie ze sprawy przysłowiowe „jaja”, jak przewodniczący Rady Miasta Jerzy Sobolewski podczas ostatniego posiedzenia sądu. „Wysoki sąd zadaje mi za bardzo zawiłe pytania” – drwił z Temidy przewodniczący. Sprawa jest jednak poważna. Jeśli sąd stwierdzi: „winny” – to Surowiec będzie mógł się odwołać do sądu okręgowego, ale to tylko o kilka miesięcy przesunie ostateczne rozstrzygnięcie i – w przypadku skazania nawet na 100 złotych grzywny – utratę mandatu i biernego prawa wyborczego. "To nie tak, od następnych wyborów wchodzi nowy Kodeks Wyborczy, który uniemożliwia kandydowanie tylko skazanym na pozbawienie wolności" - wyjaśnia polityk SLD i prawnik Marcin KurczynaTak czy inaczej, lepszym dla przewodniczącego Surowca wariantem, było przeproszenie M. Surmacza – zwłaszcza iż już w dniu konferencji wiadomo było iż zarzut względem niego był „naciągnięty”. A wszystko w czasie, gdy na trzy miesiące aresztowany został znany i ceniony w wielu środowiskach  filantrop oraz przedsiębiorca, pod zarzutem wyłudzenia z PFRON dofinansowania. Należy mieć nadzieję, że z procesu wyjdzie zwycięsko i obronną ręką – więc nikt nie powinien go publicznie oskarżać - ale wielu polityków głośno już mówi o jego innym, choć nie mającym nic wspólnego z firmą DRAWEX, interesie: spółce LIGNOLIT Sp. Z o.o., gdzie przewodniczący samorządowców PO pełni funkcję prezesa zarządu. „Nie można oskarżać nikogo, to zapewne porządna i rzetelna firma, ale pytania powstają, bo Robert sam je często stawiał innym w podobnych sytuacjach. Może niech i teraz coś opowie, by rozwiać głupie plotki, bo na pewno nie ma powodów do zmartwień” – mówi ważny polityk lewicy, po czym dodaje: „ Ktoś z kolegów sprawdził ten KRS oraz oświadczenie majątkowe Surowca i wyszło mu, że mógł zapomnieć wpisać do oświadczenia tej spółki Lingnolit albo też może nie musiał, bo nie miał udziałów tylko był prezesem. Nie znam się na tym, ale o tym się mówi”. Zarzut zapewne chybiony, bo choć rzeczywiście w żadnym z oświadczeń majątkowych R. Surowca nie ma tej spółki, to Rozporządzenie Rady Ministrów precyzuje, że nie trzeba tego wpisywać, jeśli osoba wypełniająca oświadczenie ma mniej niż 10 procent udziałów. Jest też opcja, że udziałów nie ma wcale lub pracuje społecznie. Inaczej mówiąc - robienie R. Surowcowi przez jego oponentów zarzutu z tego, że jest osobą przedsiębiorczą i ma w tym zakresie sukcesy, jest nie na miejscu. Oby takich radnych było w przyszłym samorządzie jak najwięcej, a gdyby zapytać samorządowców kogo woleliby w przyszłej radzie nie mieć, to niemal wszyscy wskażą Surmacza, a nie Surowca…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Będzie spowiedź, czy to tylko "zagranie" ?

Tekst pt. „Czarne owce są wśród nas. Oto jedna z nich” został tymczasowo – lub na zawsze - usunięty. Autor uznał, że ma swoje za uszami, lecz imputowanie mu niektórych zachowań jest niesprawiedliwe. W wywiadzie, którego udzieli Nad Wartą chce powiedzieć całą prawdę…

… która będzie nieprzyjemna dla wielu, choć również dla niego. Trudno mu nie wierzyć, jeśli taką propozycję artykułuje sam od siebie i szczerze chce się rozliczyć ze sobą i z innymi. Warto ludziom ufać i dawać szansę, szczególnie iż rzecz dotyczy dziennikarza naprawdę utalentowanego . „Piłka” jest po jego stronie. Wierzyć ? Wszystkim trzeba wierzyć !!!

Senator Dowhan "zrobił", ale płacić nie chciał ?

Gdyby porównywać standardy etyczne członków Platformy Obywatelskiej z północnej i południowej części województwa, to nie trudno o diagnozę, że  wielkość geograficzna regionu jest wprost proporcjonalna do poziomu zepsucia i wyrachowania. Kolejny „granat do szamba” wrzuciła dzisiaj „Gazeta Polska Codzienna” …

Oczywiście senator Dowhan nie powiedział, że "zrobił" to płacić nie musi,
ale jego postawa - jako Senatora RP - na to jakby wskazuje. Wszystko można
jeszcze naprawić, ale takiego prezydenta, to w Zielonej Górze mieć nie chcą ...
… opisując skandaliczną postawę zielonogórskiego senatora Roberta Dowhana, który miałby unikać płacenia alimentów, co w konsekwencji doprowadziło do komorniczego zajęcia w jego spółce „Dowhan” Sp. Z o.o. kont bankowych. Samo unikanie płacenia alimentów - sprawa nie jest oczywista bo opisała ją gazeta wroga Platformie Obywatelskiej - co jest skandalem samym w sobie w przypadku osoby kreującej się na lokalnego celebrytę, to jednak nic, bo w różnym czasie  w środowiskach platformy obywatelskiej nie on jeden zachowywał się w ten sposób, przy wendetcie, którą miał podjąć w stosunku do odważnego komornika Radosława Nowackiego, jeśli rzeczywiście tak było, jak „Gazeta Polska Codzienna” napisała. „Decyzja komornika tak bardzo rozjuszyła senatora milionera, że postanowił doprowadzić do ukarania Nowackiego. W tym celu Dowhan udał się do Ministerstwa Sprawiedliwości i zażądał, by – na podstawie zarzutów prokuratorskich o przekroczenie uprawnień, jakie komornikowi w tej sprawie postawił prokurator rejonowy w Nowej Soli Łukasz Wojtasik – zawiesić komornika w czynnościach” – można przeczytać w "GPC", która poinformowała iż dokładnie tak się stało. „Minister sprawiedliwości zawiesił Radosława Nowackiego w czynnościach komorniczych w związku z postępowaniem karnym prowadzonym przeciwko Radosławowi Nowackiemu przez Prokuraturę Rejonową w Nowej Soli” – potwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Sprawiedliwości Patrycja Loose. Zdaniem urzędniczki, przyczyną zawieszenia komornika w czynnościach było „nieumyślne przekroczenie uprawnień”, czego dowodem miało być zajęcie przez zielonogórskiego komornika rachunków bankowych spółki „Dowhan” Sp. Z o.o., by ściągnąć od niego zaległe alimenty. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem, jeśli „tatuś” uporczywe uchyla się od płacenia alimentów, to nie powinien otrzymać fotela w Senacie RP, a tym bardziej w zielonogórskim Ratuszu - ale pryczę i trzy metry kwadratowe w Zakładzie Karnym, co precyzyjnie określa art. 209 § 1 Kodeksu Karnego. Prawo prawem i od zawsze służyło głównie bogatym, podobnie jak w przypadku senatora Dowhana, ale pewne zasady jednak obowiązują nawet w środowiskach żużlowych. „Od zawsze mówiłem, że ten pan jest jeszcze niedojrzały. To nie mój świat, taką drogą nigdy bym nie mógł iść i nie chcę tego nawet komentować. Po prostu wstyd i jeszcze raz wstyd. Ja o takich ludziach chcę jak najszybciej zapomniać” – powiedział NW prezes „Stali Gorzów” i były marszałek Sejmiku Gospodarczego Województwa Lubuskiego Władysław Komarnicki. Nic dodać, nic ująć, ale warto by dowiedzieć się, co na temat "tatusia" jakoby unikającego alimentów sądzą jego polityczne koleżanki: Helena Hatka, Elżbieta Polak, Krystyna Sibińska, Bożena Sławiak czy wreszcie Bożenna Bukiewicz, bo w męskim towarzystwie takim draniom nie podaje się ręki. "Wiedziałam o sprawie od samego komornika, który u mnie był. Jestem wrażliwa na takie tematy, więc zapytałam senatora o nią, a on odpowiedział iż to nieprawda" - powiedziała wieczorem "Gazecie Wyborczej" B. Bukiewicz. Do sprawy w dzienniku, zapewne bezstronnie prowadzonym przez red. Artura Łukasiewicza, odniósł się sam bohater prawicowej gazety. "Nigdy nie miałem zaległości alimentacyjnych" - powiedział Dwohan. Należy mu wierzyć, bo spłodzić dziecko potrafi w zależności od gatunku zwierzęcia każdy samiec, ale to odróżnia ludzi od zwierząt, że o swoje potomstwo dbają w sposób określony przez prawo, kulturę społeczną oraz przyjęty obyczaj. Trudno uwierzyć, że senator nie rozumiałby, że nie wystarczy dziecko "zrobić", ale trzeba również na nie solennie i co miesiąc łożyć, a komornicy tylko wykonują swoją pracę - jak w przypadku setek tysięcy poszkodowanych przez bezdusznych samców kobiet. Jeśli wierzyć wieczornemu oświadczeniu w "GW", to wszystko jest jak trzeba. "Mam bardzo dobre stosunki z dziećmi i nic im nie brakuje. Nie musi tu interweniować komornik" - oświadczył senator, a to wyklucza konieczność zamiany mandatu senatora na uniform alimentacyjnego dłużnika ...

niedziela, 6 kwietnia 2014

Najlepsza lista lewicy i duże szanse Bukiewicz

W sobotę były premier i lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej zainaugurował kampanię wyborczą przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w okręgu zachodniopomorsko-lubuskim. Cokolwiek by o lewicowej liście nie powiedzieć, to wydaje się być najbardziej komplementarną. Mankamentem jest zerowa reprezentacja kandydatów z części północnej, ale z drugiej strony – jaka pozycja polityków, taka reprezentacja na liście. Tu liczą się głosy osób znanych nie w mieście, ale w regionie …

Obok prof. Liberadzkiego, to właśnie politycy z Zielonej Góry mają odegrać w
wyborach europejskich rolę najważniejszą. Tu żartów nie ma - bo lewica wystawiła
najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych. Wstydu nie będzie - to pewne ...
… a po dobrowolnej „banicji” eksposła Jana Kochanowskiego, gorzowskie struktury SLD nie dysponują ludźmi szerzej znanymi poza miastem i powiatem. Tymczasem, idea tworzenia listy była taka, by uniemożliwić odebranie głosów zasłużonemu dla województwa lubuskiego prof. Bogusławowi Liberadzkiemu przez dwójkę kandydatów Platformy Obywatelskiej: Dariusza Rostiego i Bożennę Bukiewicz, a także kandydatów Twojego Ruchu: Pawła Piskorskiego i Jacka Bachalskiego. Reszta w rozgrywce się nie liczy – Prawo i Sprawiedliwość weźmie swoje, a Polskie Stronnictwo Ludowe odlicza dni do momentu w którym zostanie „odspawane” od dalszej możliwości instytucjonalnego rozkradania struktur państwa. „Polska traci miliony euro nie wykorzystując europejskich funduszy. My z tych nowych funduszy niewiele weźmiemy. Będziemy wydawać środki z lat 2007-2013, a dowodem tego jest wydanie tylko 800 milionów na kolej, choć otrzymaliśmy ponad 4 miliardy” - mówił podczas sobotniej inauguracji najbardziej oddany regionowi europoseł – choć ze Szczecina – profesor B. Liberadzki. Lewica mierzy wysoko, bo – obiektywnie rzecz ujmując mocno na wyrost – chciałaby zdobyć dwa mandaty i dlatego wystawiła w województwie lubuskim naprawdę najlepszych: byłych wicemarszałków województwa: Edwarda Fedko i Tomasza Wontora, a także uznanego adwokata i eksposła Kazimierza Pańtaka. Biorąc pod uwagę fakt, że dwie trzecie wyborców pochodzi z południowej części regionu lubuskiego, a zagrożeniem dla lewicowej listy może być jedynie poseł B. Bukiewicz z PO oraz „spadochroniarz” bez szans na mandat - Paweł Piskorski, to wystawianie kogokolwiek z północnej części regionu, byłoby bezsensowne. Co ważne, według rozmówców NW wcale nie jest oczywista wygrana D. Rosatiego, a przepustkę do nieodpłatnych lotów po całym świecie, może zdobyć ekscentryczna szefowa lubuskich struktur PO, która w ostatnich wyborach do Sejmu zdobyła 38 tysięcy głosów. Jeśli przyjąć, że ustępujący miejsca w PE Artur Zasada zdobył mandat tylko z 28 875 głosami, to europejska emerytura Bukiewicz jest jak najbardziej realna. „To nie jest mój teren. Nie urodziłem się tutaj i tutaj nie mieszkam. W Lubuskiem dostanę mniej głosów, ale w Zachodniopomorskiem może być lepiej” – mówił niedawno Polskiemu Radiu były minister finansów, jakby zapominając iż lewica zdrajcom nie wybacza, a w tym regionie jest szczególnie silna. Liczy na rozpoznawalną twarz, ale w tej konkurencji lepsza byłaby córka Weronika Rosati, choć po sądowym zaaresztowaniu „Nocnika”  Andrzeja Żuławskiego, nawet jej akcje dołują. W Warszawie jest bardziej rozpoznawalny, ale w ostatnich wyborach otrzymał tylko 59 tysięcy głosów, co przy 38 tysiącach Bukiewicz w niewielkim Lubuskiem jest niczym. Sama zainteresowana mocno się kryguje. „Na wynik w naszym regionie zaważy wynik w całym kraju. Ja będę walczyła o drugi mandat i taka szansa jest. Lubuskie powinno mieć swojego europosła z takim doświadczeniem parlamentarnym jakie posiadam” – mówiła w Radiu Zachód. Dla regionu i tak więcej zrobi prof. Liberadzki, ale mandat dla szefowej PO jest raczej przesądzony. Dobrze to i źle – dobrze dla partii, samej zainteresowanej oraz regionalnych polityków, którzy od niej odpoczną, a źle dla linii lotniczych i parlamentarzystów czeskich. Już ją poznali …

Historia niewinnej wpadki

Nie wszystkie wpadki polityków są złe, niektóre pozwalają poznać ludzi, którzy – jeśli tylko udałoby im się dostać do samorządu – mogliby wnieść ze sobą solidną i fachową wiedzę, świeże spojrzenie oraz pozbawić głosu politykierów. Szkoda tylko, że fachowców wykorzystuje się jedynie do „eventów”, nie dając realnej szansy na to, by ich głos był słyszalny i brany pod uwagę. Historia niewinnej „ustawki”

Więcej Mart Bejnarowicz w Radzie Miasta, to mniej pieniactwa, ale partie
takich nie lubią, a sama Platforma Obywatelska chciała ją tylko wykorzystać.
Teraz ambitna architektka zniszczy UE i szlag trafi wszystkie inwestycje ...
Miało być pięknie i do końca perfekcyjnie: zaproszeni przez radnych architekci prezentują, krytykują władze miasta za bezczynność, potem „niespodziewanie” oraz w glorii, wchodzi na salę poseł Krystyna Sibińska i przedstawia słuszne skądinąd pomysły. Tymczasem asystent prasowy posłanki przesyła w tym czasie do niektórych redakcji artykuł pt. „Specjalna Strefa Śródmieście”. Informacja się przebiła – i bardzo dobrze – bo trudno K. Sibińskiej odmówić wiedzy, przygotowania oraz dobrych intencji, a pomysłowość należy chwalić, a nie krytykować. Pozostaje wątek dograny znacznie mniej. „To niemożliwe !” – odpowiedział politykowi lewicy, lider platformerskich samorządowców Robert Surowiec, gdy ten powiedział mu, że Marta Bejnar – Bejnarowicz - którą politycy Platformy Obywatelskiej zaprosili na sesję Rady Miasta w sprawie zagospodarowania centrum Gorzowa, a także planowali wystawić w najbliższych wyborach samorządowych z list PO - kandyduje do Parlamentu Europejskiego z list Nowej Prawicy Janusza Korwin – Mikke. Dla jasności, nie chodzi tu o krytykę M. Bejnar – Bejnarowicz, bo takie osoby w przyszłym samorządzie bezwzględnie znaleźć się powinny – zwłaszcza w zamian za różnej maści nauczycieli – ale o „numer”, który wywinęła politycznym amatorom z Koła PO nr 1. Okazuje się bowiem, że politycy już nie tylko nie czytają, niczego nie analizują, ale nawet nie zastanawiają się – w tym konkretnym przypadku na szczęście - kogo zapraszają do współpracy, bo liczy się tylko jedno kryterium: pokazać iż władza w Gorzowie nie ma na nic pomysłu, urzędnicy nic nie robią i dobrze będzie dopiero wtedy, gdy „martwe dusze” zmartwychwstaną, by zasiąść w ratuszowych gabinetach. „Podstawową bolączką miasta jest chaos przestrzenny – jako architekci absolutnie się z tą diagnozą zgadzamy. Ponadto brakuje pomysłu na tożsamość, choć od dawna działa opracowana marka miasta, która celnie określa, w którym kierunku miasto powinno się rozwijać” – mówiła jak najbardziej rozsądnie, podczas swojego wystąpienia na forum Rady Miasta M. Bejnar-Bejnarowicz i trudno się z nią nie zgodzić, a Platformie Obywatelskiej życzyć należy więcej takich pomyłek, bo dzięki temu poznać można osoby kompetentne osoby, ale problemem zostaje fakt iż ambitna architektka kandyduje z ramienia partii, która chce zniszczyć Unię Europejską bez której środków jakiekolwiek zmiany w mieście możliwe by nie były i nie będą, a w najbliższych 7 latach Gorzów otrzyma z UE kilkaset milionów złotych.Startujemy do Parlamentu Europejskiego, by demaskować Unię jako śmieszną organizację. Chcemy ją zniszczyć od środka !” - mówił 27 marca br. na spotkaniu Szczecinie - w którym udział wzięła także kandydatka z Gorzowa - lider NP Janusz Korwin-Mikke. Jedno pozostaje poza dyskusją – po przegranej kandydatkę warto zagospodarować, ale partie lubią mądrych, lecz tylko na dalszych miejscach, a przykład mec. Jerzego Synowca i jego perypetii z Kołem nr 1 pokazuje, że tam kompetentnych się nie ceni ...

Już tylko podejrzany, nie oskarżony

Tu nie chodzi o to, kto kogo lubi i z nim sympatyzuje, a kogo nie lubi. Chodzi o fakty i prawdę z którymi lider Prawa i Sprawiedliwości jednak się mocno minął, a inni z braku wiedzy mu jej nie wytknęli. Tymczasem – piątkowe postanowienie gorzowskiego sądu będzie miało poważne konsekwencje nie tylko procesowe, ale nawet w sposobie relacjonowania sprawy, bo bohaterowie sprawy będą jedynie podejrzanymi …

Taktyka M. Surmacza jest jednoznaczna: być postrzeganym jako ten jedyny
obok T. Jędrzejczaka. Trudno odmówić mu chęci i talentu, ale pozostaje py -
tanie: o czym prezydent mógłby z nim rozmawiać, skoro przez ponad 20 lat
bycia samorządowcem nie zrobił dla miasta dosłownie nic ...
… a to jest różnica zasadnicza, bo zgodnie z art. 72 Kodeksu Postępowania Karnego za „oskarżonego” uważa się osobę, co do której wniesiono do sądu akt oskarżenia – ten dokument został właśnie przez sędziego Rafała Kraciuka wycofany z Sądu Okręgowego na etap dochodzenia prokuratorskiego, a więc zbierania dowodów, by taki akt oskarżenia do sądu wnieść. „Konieczne jest uzupełnienie materiału dowodowego(…). Stanowisko prokuratury oderwane jest od realiów(…, opinie wydane zostały z pominięciem istotnych dokumentów” – powiedział sędzia. Co to oznacza ? Jeśli Prokuratura Okręgowa w Szczecinie w ciągu 7 dni nie złoży stosownego zażalenia – lub nie zostanie ono uwzględnione - i postanowienie gorzowskiego sądu się uprawomocni, prezydent Gorzowa Tadeusz Jędrzejczak będzie miał status jedynie podejrzanego, a pisanie o nim „oskarżony” będzie nosić znamiona występku. Należy mieć tylko nadzieję, że prokurator Ewa Cybulska kodeksowego sformułowania „śledztwo” i „dochodzenie” nie weźmie dosłownie, bo – jak niektórzy żartują, a wręcz kpią z prokuratury – mogłaby w ramach tych czynności ponownie prezydenta Jędrzejczaka zatrzymać i wnioskować dla niego o areszt tymczasowy. Jak wiadomo – jeśli bez dowodów można skazać ludzi na wiele lat więzienia, to także ponownie ich „zapudłować”: może coś powiedzą, albo chociaż się targną na życie w celi „pod nadzorem”. Politycy jednak wciąż swoje. W sobotę na antenie Radia Gorzów odbyła się dyskusja w której udział wzięli politycy, a wśród nich były wiceminister spraw wewnętrznych i prezydencki doradca Marek Surmacz. Jakby nie rozumiejąc, lub po prostu nie mając odpowiedniej wiedzy, wypalił: „Tadeusz Jędrzejczak jest oskarżony o sprawstwo kierownicze przy wymuszeniu dwóch dużych haraczy na rzecz dwóch innych skorumpowanych i osądzonych sprawców. W tej sprawie nie ma żadnej wątpliwości, a Sąd Apelacyjny i Sąd Okręgowy w ogóle nie zwrócił w swoim uzasadnieniu jako zarzut chybiony”. Ewidentna nieprawda – wręcz milicyjne kłamstwo - i manipulacja, ale w przypadku polityka Prawa i Sprawiedliwości, mieszkańcy Gorzowa przywykli do tego od 1990 roku. Na antenie mocno zareagował tylko wiceprzewodniczący lubuskiego SLD Jakub Derech–Krzycki. „To wymaga komentarza, bo zarzut tego sprawstwa, jeśli wgłębić się w treść uzasadnienia, został bardzo mocno podważony. Nie można się więc zgodzić z takim osądem i mówieniem o pewnym zarzutem”- odpowiedział Surmaczowi. Teraz fakty, a dokładniej uzasadnienie sędziego Sądu Apelacyjnego w Szczecinie Jarosława Jaromina w zakresie obrzydliwego kłamstwa w temacie rzekomej korupcji i tzw. „zieleni”, które w swojej wypowiedzi podniósł M. Surmacz. Zarzuty i wnioski apelacji obrońców Tadeusza Jędrzejczaka w tej części zasługiwały na uwzględnienie i skutkowały uchyleniem wyroku i przekazaniem sprawy do ponownego rozpoznania” – to strona 153 uzasadnienia sądu. Polityk PiS-u, to jednak były wiceminister i oprócz zlecania policjantom dowozu hamburgerów, może jednak coś wie w sprawie „sprawstwa kierowniczego” o którym powiedział w Radiu Gorzów ? Okazuje się, że to materia bardziej skomplikowana niż gastronomia oraz kuchenna logistyka, a sędzia także tutaj nie pozostawił na stronie 154 żadnych wątpliwości. „Uznając Tadeusza Jędrzejczaka za winnego popełnienia czynu przypisanego  w XXXIII (sprawstwo polegające na tym, że Zygmunt Małyszko i Zbigniew Marciniak z majątku reprezentowanych przez siebie spółek zapłacili po 405,500 zł na rzecz Krzysztofa Winiarskiego – przestępstwo nadużycia zaufania) wyroku Sąd I instancji jako podstawę prawną odpowiedzialności karnej oskarżonego przyjął konstrukcję prawną sprawstwa polecającego z art. 18 § 1 k.k. do przestępstwa zaufania z art. 296 § 1 i 2 opartą na ustaleniu występowania faktycznego uzależnienia od Prezydenta Miasta Gorzowa Wlkp. u zakresie możliwości uzyskania zleceń wykonania robót budowlanych prowadzonych w ramach inwestycji miasta(…). Zasadnie podnoszą autorzy apelacji, iż zarówno podstawy dowodowe jak i ocena prawna tego ustalenia budzi zasadnicze zastrzeżenia” – napisał sędzia Jaromin, co nijak się ma do radiowych oskarżeń Surmacza. Sąd Apelacyjny w zakresie tzw. Sprawstwa kierowniczego i rzekomej korupcji precyzyjnie wyraził się na stronie 156 uzasadnienia, a jedno tylko zdanie w tej właśnie kwestii: „Istotne uchybienia w zakresie oceny zebranych w sprawie dowodów i nieuwzględnienie w całości materiału skutkowały koniecznością uchylenia wyroku” – świadczy o tym, że M. Surmacz nie zmienił się nawet trochę i dalej jego bronią są insynuacje i manipulacja faktami. Polityczny sens działań przyszłego kandydata na prezydenta jest jednoznaczny: atakami na T. Jędrzejczaka chciałby spowodować jego reakcję, personalne riposty oraz odpowiedzi na zaczepki, a więc spersonalizować kampanię, by postrzegana była jedynie jako starcie "Surmacz kontra Jędrzejczak", co umożliwiłoby mu uzyskanie lepszego wyniku wyborczego. Najlepiej jednak go ignorować, bo wróbel -choćby nie wiadomo jak ćwierkał i chciał - nigdy nie powinien ścierać się z orłem. Tak dla ewolucyjnej higieny ...

Którzy posłowie i ile latają z Babimostu ...

Lotów było sporo, ale paradoksalnie – najwięcej latają nie politycy partii rządzącej, chociaż są z Zielonej Góry, ale opozycja. Są tacy, którzy lepiej czują się w pociągach, ale ponad dwieście lotów od 2011 roku to dwie wiadomości złe i jedna dobra. Dobra – bo wcale nie było ich tak dużo, a złe – bo budżet zapłacił za te loty kilkaset złotych, a z babimojskiego lotniska nie chcą masowo korzystać nawet politycy i to za publiczne pieniądze ...


Ulgą jest to, że ci najbardziej optujący za lotniskiem w Babimoście - jak posłowie
Wontor czy Bukiewicz, wcale nie latają najwięcej. Więc nie walczą o lotnisko dla
siebie, lecz dla innych. Ale i tak nie wiadomo dla kogo, bo raczej nie dla mieszkań-
ców, którzy z niego nie korzystają w sposób prognozowany w dokumentach ...
Ponad 214 lotów na ogólną kwotę ponad 400 tysięcy złotych, którą refundowała w ramach umowy lub zwrotu kosztów za bilety Kancelaria Sejmu RP, wylatali lubuscy parlamentarzyści z Portu Lotniczego Babimost/Zielona Góra do Warszawy. To oficjalne dane z sejmowego Biura Korespondencji i Informacji (BKI-144-11066/14).Można się zastanawiać, czy dużo to czy mało – choć dotychczas powszechne było wrażenie iż skoro babimojskie lotnisko nie służy zwykłym mieszkańcom, to dobrze chociaż iż gremialnie korzystają z niego politycy i przedsiębiorcy. Tymczasem okazuje się, że niektórzy – jak lider PiS Marek Ast czy szef SLD Bogusław Wontor – wręcz boją się latania, bo pierwszy przez trzy lata kadencji nie skorzystał z lotniska ani razu, a drugi tylko 11 razy. Można zrozumieć posła Asta, że woli pociągi które umożliwiają długą i swobodną lekturę poważnych książek oraz dokumentów, ale intrygujące jest, co przez kilka godzin w pociągu do Warszawy robi poseł Wontor. Rąbka tajemnicy zdradzili ostatnio szefowie PKP Intercity: niektóre wagony wyposażono w tablice do rysowania kredą, wygodne pufy, klocki, puzzle, a nawet monitory na których wyświetlane są kreskówki. „Model, w jakim realizowana jest ta usługa wyznacza standardy dla rynków światowych. Postawiliśmy na najwyższą jakość dostarczanego produktu – powiedział w „Dzienniku Gazeta Prawna” Marcin Celejewski, prezes PKP Intercity SA. Liderem lotniczych wojaży z Babimostu jest poseł Twojego Ruchu Maciej Mroczek  z prawie 60 lotami - chociaż dyżurów poselskich miał tylko 12 - oraz Jerzy Materna z Prawa i Sprawiedliwości, który – jak przystało na dojrzałego mężczyznę i polityka – ma na swoim koncie 52 „przelecenia”. Kiedy tylko poseł TR-upa skorzysta choć raz z dobrodziejstw Strefy Małego Pasażera PKP Intercity, liczba jego lotów zapewne dramatycznie się zmniejszy. A na poważnie – nie wiadomo czy poseł Wontor z nowatorskich usług PKP korzysta, ale pewne jest to, że jako szef Parlamentarnego Zespołu ds. Kosmosu, powinien jednak częściej niż inni przebywać w przestworzach …

sobota, 5 kwietnia 2014

Lider TRrupa gejem ?

Można zrozumieć, że w lubuskiej polityce szefami największych partii są najczęściej ludzie starzy i brzydcy, ale kiedy pojawia się ktoś charyzmatyczny, przystojny i błyskotliwy, to nie ma pewności, czy nie jest gejem. W każdym razie nie chciał rozwiać wątpliwości, a gdyby jego PR-owski „myk” miał coś wspólnego z rzeczywistością, to – jeśli zostanie włodarzem miasta - bylibyśmy jak Berlin …

Jacek Bachalski gejem raczej na pewno nie jest - ma szczęśliwą
rodzinę i chwali się nią gdzie może, ale podejmując retorykę "po
bandzie" musiał się z satyryczną reakcją liczyć. Co ważne i mocno
na jego plus - jest bodaj jedynym politykiem, który ma do siebie
dystans. I to z gracją pokazał ...
To miała być luźna rozmowa o polityce, a wyszedł niemal gejowski „Coming out” z przewodniczącym Twojego Ruchu Jackiem Bachalskim w roli głównej. Wszystko miało miejsce w audycji „Fabryczna 19”, którą prowadzi tyleż błyskotliwy, co oryginalny i ekscentryczny Roman Błaszczak. Tym razem jednak panowie poszli „na grubo”. „Co u mnie ? No stęskniłem się za Tobą” – wypalił na wstępie lider lubuskiego TR-upa, a dziennikarz nie został mu dłużny: „Ja wiem, ty jesteś u Palikota, to od razu tak gejowsko. Stary, facet za facetem nie może tęsknić!”. To był jednak dopiero wstęp do rozmowy, która z każdą minutą stawała się coraz bardziej demaskatorska i dramatyczna, a dla autora „Fabrycznej 19” wręcz niebezpieczna. „Zmieniłeś Jacek orientację seksualną ?” – indagował szefa TR-upa red. Błaszczak. „Nie, nie zmieniłem, to się ma w genach” – odpowiedział polityk, na co jego interlokutor dociskał dalej: „A ty masz ?”. Odpowiedź poraziła jak grom z jasnego nieba: „No tak, mam”. Zaskoczenia nie krył również prowadzący audycję: „Masz gejostwo w genach?”. Nie , orientację” – odrzekł TR-uposz. „Masz gejowską orientację ?” – kontynuował Błaszczak. „O ile się nie mylę, mamy tą samą orientację, co nie znaczy iż nie możemy się lubić” – niemal zaproponował Błaszczakowi kandydat na posła do Parlamentu Europejskiego, na co ten złapał się tylko za pośladki, a co za tym dalej idzie – jakby dał do zrozumienia iż polityk na żadne „gody” liczyć nie może. Mimo tego, jakby obawiając się co może się wydarzyć później, wykrztusił z siebie: „Ty naprawdę jesteś gejem?”. Przewodniczący lubuskiego TR-upa odwzajemnił się czarującym uśmiechem – ni to propozycją, ni podrywem, ale pewną fascynacją. Miał szansę zdementować, ale na kolejne pytanie: „Czy naprawdę jesteś gejem ?”, zaproponował, by pozostawić to pytanie bez odpowiedzi …

Program TV TELETOP:
http://www.tvgorzow.pl/fabryczna19/2014/033101fabryczna.html

piątek, 4 kwietnia 2014

Oliwa zawsze sprawiedliwa

Żądni krwi” politycy opozycji, obiektywni inaczej i karmieni prokuratorskimi „przeciekami z szamba” dziennikarze, a także sędziowsko-prokuratorski „Sanhedryn” – mają powody do wyrzucenia z domów i gabinetów wszystkich lusterek. Dawno wiosna w Gorzowie nie była tak wielkoformatowa – objawiając się nie tylko świetną pogodą, kolejnymi informacjami o pieniądzach dla miasta w ramach nowej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej, ale także w wymiarze procesowym…
Mam świadomość postrzegania moich słów, jako nazbyt serwilistycznych, ale nic nie poradzę na to, że oczywisty fakt iż prezydent Tadeusz Jędrzejczak ma powody do wiosennej radości, bo bliski jest już nie tylko oczywistej niewinności, ale także skompromitowania wymiaru sprawiedliwości, „stał się dzisiaj ciałem”. Najpierw cztery ważne cytaty, które pokazują rzeczywistość, a jednocześnie dramat całej sytuacji w kontekście procesowym i piąty – niemal satyryczny. Po pierwsze prokurator Ewa Cybulska, reprezentująca „firmę” mocno zaangażowaną i tyleż samo skompromitowaną w aferze od początku do końca zaplanowanej w obszarze polityki, a nie prawa. „Między władzami miasta i przedsiębiorcami istniał układ. Bez przyzwolenia prezydenta i urzędników, korupcja nie byłaby możliwa na tak wielką skalę” – mówiła dziennikarzom. Cytat drugi, to wypowiedź „ulubienica” politycznych oponentów prezydenta Jędrzejczaka, którego niektórzy na lewo i prawo w partyjnych siedzibach przedstawiali niemal jak swojego „kumpla” – choć było to oczywistą nieprawdą, bo przecież to niezawisły i doświadczony sędzia. Materiał dowodowy absolutnie i jednoznacznie potwierdza winę Tadeusza J. w trzech spośród czterech zarzutów" - uzasadnił w trakcie ogłaszania wyroku sędzia Dariusz Hendler, co dziś wydaje się jednak żartem. Także z powodu cytatu trzeciego, który nie pozostawił wątpliwości, że sędzia Hendler, nie do końca ocenił sytuację – wszystko oczywiście w ramach niezawisłości i powagi sądu. „Sąd pierwszej instancji pominął szereg okoliczności, do których powinien się ustosunkować. Sąd nie dokonał analizy dokumentów, część zeznań potraktował pobieżnie– to już głos rozsądku sędziego Jarosława Jaromina z Sądu Apelacyjnego w Szczecinie. I wreszcie ostatni cytat z piątkowego poranka. Sprawę niniejszą sąd przekazuje  w celu usunięcia istotnych braków postępowania przygotowawczego” – skonstatował był gorzowski sędzia Rafał Kraciuk, ratując dobrą opinię wymiaru sprawiedliwości i przywracając zwykłym ludziom wiarę w jego niezawisłość i bezstronność. Ktoś nieznany, bez pracy, wpływów i pieniędzy na adwokata, też może kiedyś zostać skazany tylko dlatego, że prokuratura będzie chciała osiągnąć statystyczny „target”. I wreszcie cytat satyryczny byłego szefa klubu radnych PiS Arkadiusza Marcinkiewicza, który po latach i w kontekście jego moralnej postawy w sprawie Kina „Kopernik”, a także skandalicznych nagrań w których „nagabywał” prezydenta miasta do działań wątpliwych etycznie, brzmi jak dowcip. Władze miasta z niewiadomych powodów zrobiły prezent prywatnej spółce– mówił w 2011 roku „Gazecie Lubskiej” A. Marcinkiewicz, jakby oburzony, ale w gruncie rzeczy świetnie „grający” – czego dzisiaj nikomu tłumaczyć nie trzeba. Cała sprawa chyba tylko dwa razy – moim tekstem w 2004 roku w „Gazecie Lubuskiej” oraz w 2011 w dzienniku 66-400 - miała charakter czysto ludzki, gdzie upomniałem się o wątek domniemania niewinności, a także szacunku dla prezydenta jako człowieka. Bez odzewu, bo role na fortepianie prokuratorsko-dziennikarskiej manipulacji były już ustalone. Stosowane przez gorzowskich polityków i niektórych   „zaangażowanych” dziennikarzy, metody ogłupiania społeczeństwa w trakcie relacjonowania tzw. „afery budowlanej”, a także czynienia z prezydenta Jędrzejczaka przestępcy wielkiego kalibru, całkowicie usprawiedliwiają zakwalifikowanie tej działalności do miana prymitywizmu. Najgorsze, że wszyscy antagoniści Jędrzejczaka w tej sprawie, to najczęściej osoby posługujące się sakramentem komunii świętej jako „posiłkiem regeneracyjnym” – zwiększającym libido i poczucie pewności siebie. „Po 10 latach usłyszymy werdykt, który zmieni krajobraz polityczny. Konsultowałem się z osobami mającymi większą wiedzę prawną na ten temat i oni chóralnie twierdzą, że dzisiaj zapadnie skazujący i potwierdzający ten wyrok, który zapadł  w niższej instancji” – mówił 13 czerwca 2013 roku, a więc w dzień ogłoszenia wyroku w Sądzie Apelacyjnym przewodniczący „Solidarności” Jarosław Porwich. Kiedy sędzia go nie posłuchał, a co za tym dalej idzie - uniewinnił prezydenta i częściowo zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia – czytaj: absolutnie ją „uwalił” - bogobojni, miłosierni i współczujący synowie Kościoła Rzymskokatolickiego uderzyli w inne tony. „Sądownictwo w Polsce wymaga reformy” – mówił niezadowolony szef PiS Sebastian Pieńkowski. Wtórował mu ekswiceminister spraw wewnętrznych Marek Surmacz: „W żadnej z relacji nie znalazłem ustanego uzasadnienia uniewinnienia prezydenta Jędrzejczaka z zarzutu korupcyjnego”. Można też  polecieć hipokryzją jak szef klubu PO Robert Surowiec – rano pisać SMS-y: „Tadeusz, trzymam za ciebie kciuki”, a pół godziny po uniewinniającym wyroku konstatować: „Dla miasta to najgorsza decyzja”. Specjalistka od smoleńskich wybuchów poseł PiS Elżbieta Rafalska też miała swoją opinię: „Ten wyrok pokazuje słabość polskiego państwa, słabość wymiaru sprawiedliwości, i w pewnym stopniu też podważa do niego zaufanie”. Teraz jest inaczej, a odesłanie jej do prokuratury właśnie przez sędziego R. Kraciuka, to również poważny problem z podważeniem wiarygodności sądownictwa oraz personalnie przewodniczącego, który procedował także w procesie przeciw gorzowskim SB-ekom  oskarżonym o składanie fałszywych zeznań i uwięzienie działaczy antykomunistycznej opozycji.  Co teraz ? Bardzo wiele osób zadaje pytanie czy i kiedy pojawi się książka, a także – czy będzie równie kontrowersyjna jak wpisy na blogu Nad Wartą. Odpowiedź jest dosyć prosta: książka „prawie jest” – bo ciągle fluktuowała i czekała na epilog w Sądzie Okręgowym, a po wydarzeniach z dzisiaj, jakiekolwiek czekanie jest już zbędne. Cynicznie rzecz ujmując, można odpowiedzieć krótko: pojawi się w samym centrum letnio-jesiennych wydarzeń, nie będzie w niej oskarżeń i pomówień, ale lustrzane odbicie tego co miało miejsce w mediach, na salach sądowych oraz dokumentach, a przede wszystkim – pokaże prezydenta takiego jakim jest: z wadami i zaletami. Mogę obiecać jedno – od wakacji do momentu pojawienia się publikacji media mogą liczyć na mniej lub bardziej obszerne fragmenty, tak zgodnie z taktyką i filozofią, którą potajemnie stosowała prokuratura. Jest jednak pewna subtelna różnica – w książce opisana jest prawda, a gdy w ostatnim tygodniu sierpnia będzie ją można dostać do ręki, niektórym będzie tylko głupio i szybko będą sprzedawać domowe lusterka. Na koniec dwa inne cytaty, ale tym razem głównego bohatera prezydenta T. Jędrzejczaka. Pierwszy - po skazaniu na 6 lat więzienia przez Sąd Okręgowy: Jestem dobity ostatecznie, ale będę walczyć. Wyrok jest niesprawiedliwy. Jestem niewinny!”. Drugi – po częściowym uniewinnieniu przez Sąd Apelacyjny: „Bałem się, choć wiedziałem o niewinności, ze względu na wysoką karę. Wierzyłem w sprawiedliwą Polskę”. Decydując się na napisanie książki wiedziałem, że aby uniknąć ewentualnych procesów i zwykłych nieprzyjemności będę się musiał mocno samoograniczyć, dostosować do procesowego kalendarza, by nie zaszkodzić bohaterowi, a nade wszystko – dla wielu stanę się „enfant terrible”, a nawet „persona non grata”. Stało się, ale gdy przypomnę sobie rozmowy niektórych polityków i dziennikarzy – będzie o tym w książce – w których opcja: „Jędrzejczak targnie się na swoje życie”, cynicznie rozpatrywana była na poważnie, z przekąsem i wręcz z nadzieją, to wiem iż warto było stanąć od początku do końca po stronie prawdy. Tak bezinteresownie i nawet za cenę przyjaźni oraz znajomości, gdy antagonistom Jędrzejczaka zabrakło zwykłego człowieczeństwa. Prezydentowi książka w niczym nie pomoże - bo jest ciągle na pierwszym miejscu - moja rola to niewidoczne tło, ale stanie po stronie człowieka, którego z braku argumentów chciano brutalnie unicestwić – często używając argumentów niby "moralnych" – to powód do bycia dumnym, że w ogóle chciał ze mną rozmawiać. Duma nie rozpiera zapewne wielu dziennikarzy, ale na szczęście wielu było przyzwoitych, bo oliwa zawsze sprawiedliwa, choć wszystko wymaga czasu ...

ROBERT BAGIŃSKI
Nad Wartą