Apetyt Ratusza
na „przycięcie skrzydełek” wybitnej
dyrygentce, od miesięcy był większy niż
tusza znanej radnej niezależnej. „Wsparcie”
jakiego dostarczał Wolińskiej prezydent Wójcicki, było mniej więcej tak
intensywne, jak prace firm budowlanych przy inwestycjach drogowych w mieście. Nie
pierwszy raz w Gorzowie „zły pieniądz
wypiera dobry”, a rozwiązanie gorsze – staje się dla miernot wybitnym. Deszczniański
zaciąg ku(r)lturalny do Wydziału Kultury i Filharmonii Gorzowskiej skończył się
tym, co było do przewidzenia: potwierdziły się wcześniejsze informacje Nad
Wartą o definitywnym odejściu z Gorzowa znanej dyrygent...
...bo profesor Monika Wolińska złożyła już oficjalne
wypowiedzenia kontraktu, a to oznacza, iż w Gorzowie dyrygować będzie już tylko
do maja br. po którym ostatecznie rozstanie się z instytucją, która m.in. dzięki jej umiejętnościom oraz
osobowości, a także renomie jaką cieszyła się w świecie muzyki, stała się centrum
życia artystycznego w regionie.
To poważna rysa na
dotychczasowej działalności, nie tylko prezydenta Jacka Wójcickiego, ale przede wszystkim dyrektor Wydziału Kultury Ewy Hornik oraz obecnej dyrektor FG Adriany Chodarcewicz.
Czarę goryczy przelał sztucznie
wywołany konflikt dyrekcji z niektórymi członkami zespołu, gdyż profesor Wolińska
słusznie uznała, że ich umiejętności nie odpowiadają oczekiwanym standardom, a
co za tym dalej idzie – nie chciała z nimi podpisać kolejnego kontraktu.
Jak to w mieście nad Wartą
bywa, sprawa świadomie została nagłośniona i choć „fałszywa gra” filharmonijnych muzyków - na instrumentach dotychczas
zastrzeżonych dla polityków - była aż nadto czytelna, rozpoczął sie proces "grillowania", najpierw dyrektor Małgorzaty
Pery, a następnie prof. Wolińskiej. Dość powiedzieć, że nawet do Nad Wartą
zgłosił się lider jednej z lewicowych partii, oferując organizację wywiadu z
człowiekiem, który „wyrazi do bólu
krytyczną opinię o Wolińskiej”. Co ciekawe, ów rozmówcą recenzującym
wybitną artystkę, miałby być inżynier budownictwa.
Wolińska z Perą stanowiły duet
doskonały, na którym gorzowska kultura i jej beneficjenci wiele zyskali. Nieco
innym duetem jest zestaw Hornik i Chodarcewicz, który po odejściu Wolińskiej,
zapisze się na kartach historii gorzowskiej kultury literami koślawymi i mocno przaśnymi.
Pierwsze stworzyły instytucję w której wszystko miało być na najwyższym
poziomie, a drugie mają szansę na przekształcenie jej w coś „w sam raz” na standardy miasta leżącego
pod Deszcznem.
Doprowadzenie do sytuacji w
której – nie z własnej woli, lecz w konsekwencji wytworzonej sytuacji –
odchodzi wybitny artysta, to nie jest kontynuacja wizerunkowych kłopotów
miasta, ale wizerunkowe „seppuku” i
sygnał dla innych: tu nie ma miejsca dla lepszych, a tym bardziej najlepszych,
bo ma być „w sam raz” dla miernot i
matołów, którym jest tu od lat dobrze.
Ilustracja pierwsza z brzegu.
Profesor Wolińskiej udało się ustalić termin w którym do Gorzowa mógłby po raz drugi
przylecieć Thomas Hampson, jeden z
najwybitniejszych światowych barytonów, który dał w Gorzowie koncert w 2014
roku. Reakcja kierownictwa gorzowskiej kultury i Filharmonii Gorzowskiej była
krótka: przecież on już tutaj był...
...dyrektor Hornik też już
była w Gorzowie dyrektorem, a mimo to „przyniesiona
na bagnetach Ludzi dla Miasta” do Ratusza, znów dostała narzędzia do
szkodzenia gorzowskiej kulturze.
Jeśli dorzucić do tego przaśną
sytuację z piątkowego Koncertu Noworocznego, podczas którego w momencie „bisów” radna Grażyna Wojciechowska – mocno zaangażowana w „rugowanie” Pery i
Wolińskiej, krzyczała z miejsc dla publiczności do dyrygenta o zagranie „Kankana”, na co ten proponował jej
taniec na scenie, jakiekolwiek komentarze o kierunku w którym to wszystko
zmierza, są zbędne. Postępowanie tej radnej w odniesieniu do Filharmonii
przypomina trochę anegdotę z bliskich jej serca czasów PRL-u, gdy Antoni Słomiński wraz z innymi
literatami gościł w Polsce szefa radzieckiego Związku Pisarzy. Rzecz działa się
w okresie stalinowskim, więc można sobie tylko wyobrażać, jak bardzo hołubieni
byli goście z ZSRR. Kiedy więc radziecki poeta zniżonym głosem zapytał o
toaletę, Słomiński wstał, wyprostował się, by znów pochylić się do samego pasa
i rozkładając ramiona, powiedzieć: „Wy
Towarzyszu, możecie robić to wszędzie !”.
Niektórzy radni najzwyczajniej
w świecie też wszędzie mogą robić wszystko - nawet jeśli jest to żenujące.
Mało kto z obecnych decydentów
w sferze kultury rozumie, że filharmonia, podobnie jak opera czy teatr, nie
może być „jakaś” – musi być dobra lub
bardzo dobra, a ta gorzowska jeszcze taka jest. Póki co „wiochowe myślenie” przemierza przez gorzowskie instytucje kultury
niczym TGV przez pastwiska Burgundii, a Skarbnik Maista Agnieszka Kaczmarek nie traktuje kultury jako inwestycji, lecz jako
stratę, nie dostrzegając różnicy pomiędzy koncertem w remizie strażackiej i tym
w filharmonii.
Wszyscy główni aktorzy tego
obciachowego występu pt.: „Zniszczyć
filharmonię w obecnym kształcie”, w którym ratuszowy fałsz słychać było
nawet w bolemińskich kurnikach, od początku chcięli się wybitnej dyrygent
pozbyć, bo nie pasowała do koncepcji „w
sam raz”... – na nasze mózgi. Szkopuł w tym, że to kolejny krok
potwierdzający, że Gorzów się zwija, bo miasto jest ciekawe wtedy, gdy ludzie
chcą w nim mieszkać i pracować, a nie wtedy, gdy pragnących coś w nim i dla
niego zrobić, traktuje się jak obcych i wrogów.