Od prawie roku Platforma już nie rządzi w kraju i w dużej mierze na własne życzenie. Mówiłem o tym publicznie wielokrotnie, a wszystko dla dobra tej formacji i dlatego, że zapisując się do niej jako do pierwszej partii w życiu, wierzyłem w wynikającą z deklaracji założycielskiej swobodę wypowiedzi i wolność słowa. Chciałbym być kiedyś marszałkiem województwa, bo tak po ludzku, to ukoronowanie pracy każdego samorządowca.
![]() |
FOT. Facebook/ Ciemnoczolowski |
Rozmowa
z byłym wicemarszałkiem województwa i radnym wojewódzkim Platformy
Obywatelskiej SEBASTIANEM CIEMNOCZOŁOWSKIM.
Nad
Wartą: Lubuska Platforma Obywatelska jest silniejsza bez Tomasza Możejki, dużo słabsza, czy decyzja
władz krajowych jest dla lubuskich struktur bez znaczenia ?
Sebastian
Ciemnoczołowski: To interesująca poznawczo postać. Znam go od
wielu lat i to z bardzo różnych sytuacji - zarówno z czasów, gdy był bliskim
współpracownikiem Jacka Bachalskiego, a także z tych, gdy został pierwszym przybocznym jego kontrkandydatki
Bożenny Bukiewicz. Mówiąc uczciwie obu służył z oddaniem.
N.W.:
Wielu zarzucało mu, że tej ostatniej, to już ze szczególnym oddaniem, by nie
powiedzieć wiernopoddańczością...
S.C.: Zawsze był
skuteczny i sumienny. Niestety, Tomek miał też taką konstrukcję żołnierską, w
której liczy się rozkaz, a nie przekonania czy własne zdanie. To na pewno nie
jest typ "krakowskiego intelektualisty" i uzewnętrzniło się to szczególnie wtedy,
jak Platforma wygrała pierwsze wybory w kraju...
N.W.: ...po prostu zyskał na znaczeniu
i dobrze to wykorzystał.
S.C.: Nasze drogi się wtedy rozeszły. Dzisiaj
widać, że jego „siła” nie wynikała z jego pozycji, a ogromnego poparcia jakim
cieszyła się PO i pozycji samej przewodniczącej Bukiewicz, a ona to poparcie
straciła właśnie przez takich ludzi jak Tomasz. Mówię to z przykrością, bo
życzyłem mu dobrze. Chciał zwasalizować sobie całą partię, myślał głównie o
własnych interesach, a kiedy z żołnierza chciał zostać samodzielnym graczem,
został przez szefową odsunięty na boczny tor.
N.W.: Co jego, nikt mu nie zabierze,
bo żył jak „pączek w maśle”.
S.C.: Tak, Tomek osobiście dużo zyskał
na członkostwie w partii rządzące. Był wybitnie dobrze opłacanym dyrektorem,
szefem sejmiku i wpływowym sekretarzem partii. Chyba jako jedyny w regionie
dysponował dwoma samochodami służbowymi różnych instytucji . Jego „siła”
objawiała się jednak wieloma słabościami takimi jak np. kuriozalna i
anegdotyczna już decyzja o wyróżnieniu swoich kierowców laurem „Zasłużony dla Województwa Lubuskiego”. Mocno
wpływał na decyzje personalne, siał strach i łamał ludzi i ja te „pieszczoty”
też miałem okazję wielokrotnie odczuć. Dzisiaj Platforma Obywatelska może być
silniejsza, ale nie zależy to już na szczęście od Możejki.
NW.: Wyrzucacie Możejkę, a marszałek mianuje
szefem gorzowskiego szpitala byłego platformerskiego wojewodę, który tuż przed
wyborami odszedł do Nowoczesnej, a na gorzowskim bulwarze grzmiał, że rządy Platformy
i jej konflikt z PiS-em, to „zmarnowany
czas dla regionu”. To komunikaty mało zrozumiałe dla działaczy i wyborców
...
S.C.: Przy tym
pytaniu przypominają mi się okoliczności niezrozumiałej dla mnie decyzji
odwołania Jerzego Ostroucha z funkcji wojewody. To nie znaczy oczywiście, że
nie wiem dlaczego został odwołany, bo była to decyzja wybitnie polityczna. Nie
znam jednak tej wypowiedzi Ostroucha, ale gdyby nawet padły takie słowa, to ówczesne emocje
mogły to uzasadniać. Z kolei powołanie Jerzego Ostroucha na szefa szpitala,
świadczyć może tym bardziej o tym, że marszałek Polak nie jest małostkowa, a
wybór nie był decyzją polityczną.
N.W.:
W lubuskich strukturach nie widać jakiegoś specjalnego ożywienia w partii.
Miały być Kluby Obywatelskie, zejście niżej i bycie blisko działaczy, a czuć
wciąż traumę powyborczą. Co się dzieje ?
S.C.: W całym kraju trwa audyt
struktur i na pierwszy ogień poszło właśnie Lubuskie, a później inne regiony.
Czekamy na koniec tych prac i ich podsumowanie, bo zdecydują one miedzy innymi
o tym, kiedy odbędą się w strukturach PO nowe wybory, jakie cele na najbliższe
miesiące obierzemy i jak przemodelowane zostanie zarządzanie strukturą partii.
Kluby Obywatelskie działają i osobiście uczestniczyłem w kilku takich
spotkaniach z Grzegorzem Schetyną, Borysem Budką czy choćby profesorem Orłowskim
i Rosatim.
N.W.:
To wszystko dzieje się trochę jakby z konieczności i brak tego entuzjazmu
działaczy, który widać było kilka lat temu.
S.C.: Bo wszystko wymaga czasu. Porządkowane są w
regionie finanse, następuje przegląd powiatów i kół, biuro regionu zmieniło
siedzibę i sposób organizacji, a komisarz regionu Waldemar Sługocki, odbył
wiele spotkać w terenie z szefami kół i wyborcami PO. Ożyła wreszcie strona www
i fun page PO w regionie. Powołani zostali pełnomocnicy okręgów wyborczych do
sejmiku. Trwają prace nad nowym programem PO. Jest więc czas na intensywną
pracę w ciszy i spokoju na własnym podwórku, ale i czas na pracę medialną i
wizerunkową. Musimy równocześnie odbudowywać popękane fundamenty.
NW.:
Ma pan potencjał i doświadczenie: były wicemarszałek, sekretarz PO, prezes w
funduszu ochrony środowiska i burmistrz. Czuł się Pan przez ostatni okres,
powiedzmy dwóch lat, potrzebny partii ? Było zapotrzebowanie na takich jak Pan
?
S.C.: Proszę o
następny zestaw pytań...
N.W.:
Nie będzie takiego – może być dopisek: „Nie chciał odpowiedzieć”...
S.C.: Nie mam wyjścia. Niestety od wielu lat wielu
doświadczonych ludzi w PO po prostu stracono, wyrzucając ich z partii, albo
skutecznie burząc ich zaangażowanie i dotyczyło to także mojej osoby. Ale nie
tylko, bo każdego kto miał trochę inne zdanie niż linia szefostwa partii.
N.W.:
Ciekawe, jak na partię z „obywatelskością” w nazwie...
S.C.: Od prawie
roku Platforma już nie rządzi w kraju i w dużej mierze na własne życzenie.
Mówiłem o tym publicznie wielokrotnie, a wszystko dla dobra tej formacji i
dlatego, że zapisując się do niej jako do pierwszej partii w życiu, wierzyłem w
wynikającą z deklaracji założycielskiej swobodę wypowiedzi i wolność słowa. W
tamtych czasach nikt nie liczył na żadne fuchy oraz funkcje, bo mieliśmy 7
procent poparcia i do rządzenia czekała ją daleka droga. To mnie ukształtowało
i może dlatego później przez moją krnąbrność, nie doceniano przesadnie mojego
doświadczenia. Generalizując: członek PO miał być karny i podporządkowany. Miał
słuchać i nie marudzić. Ja takiej natury nie mam. Z funkcji wicemarszałka
partyjni koledzy radni odwoływali mnie, dziękując za merytoryczną pracę, a
działo się to wbrew decyzjom i opiniom niektórych bardzo ważnych w PO osób w
Warszawie. Tam moją pracę dostrzegało się bez skrzywienia optyką lokalnych
gierek i układzików.
N.W.:
Zwykli działacze, samorządowcy z powiatów i gmin chyba nie czuli się
szczególnie potrzebni. Wszystko płynęło z góry na dół, a nie z dołu do góry.
Może dlatego przegraliście ?
S.C.: Bardzo
możliwe. Zna pan zasadę BMW? Bierny, mierny, ale wierny. To zresztą żaden nowy
wynalazek. Działa w każdej partii, ale Platforma Obywatelska mogła się tego
ustrzec.
N.W.:
A nie nie ustrzegła ?
S.C.: W drugiej
kadencji niestety tak uwierzono we własną nieomylność, że głosy z dołu były
nieistotne. Ważne dla góry było to, co powiedział szef regionu, a przecież ten
najczęściej prowadził własną politykę personalną. I zgodnie z zasadą BMW
najczęściej do rządzenia, reprezentowania wyborców, nie wybierani byli
najlepsi. Frukty otrzymywali często ludzi nieznani z żadnych osiągnięć, kilkukrotnie
o podejrzanym życiorysie. Trzeba o tym teraz mówić głośno, bo jak zamieciemy
wszystkie „śmieci” pod dywan, to i tak się kiedyś wysypią. Może jestem naiwny,
ale tak uważam i nie możemy udawać, że nic się nie stało.
N.W.:
Reasumując, okres rządów w lubuskiej PO przez Bożennę Bukiewicz, to...
S.C.: ... O
matko ! Książkę mógłbym napisać, tym bardziej, że z Bożenną związany jestem
emocjonalnie osobiście...
N.W.:
To nie jest wywiad do „Pudelka”...
S.C.: Wiem, to
oczywiście żart. Mówiłem o tym wcześniej, ale dopowiem tylko, że przewodnicząca
Bukiewicz była dużo bardziej subtelna, niż Tomasz Możejko, który walił toporem.
Bukiewicz chyba nikomu nigdy nie wierzyła i przez to nie potrafiła zbudować dobrej
jakościowo drużyny, a w polityce taka jest niezbędna. Niestety często nie
promowała najlepszych ludzi i często ich wymieniała. Wiele złego robili też jej
przytakiwacze, podpowiadacze działający wyłącznie w imię własnych interesików. Ale
bądźmy uczciwi: miasto i region wiele
też jej zawdzięcza i dlatego życzę jej jak najlepiej.
N.W.:
Marzeniem wielu byłoby zapewne, by Marcin Jabłoński, Elżbieta Polak czy Bożenna
Bukiewicz z Witoldem Pahlem i Sebastianem Ciemnoczołowskim stanowili jedną
antyPiS-owską pięść, ale chyba to niemożliwe prawda ?
S.C.: Moim zdaniem – i znowu ktoś
powie, że jestem naiwny – zawsze było to możliwe. Wystarczyło z każdej strony,
większej dozy lojalności, mniej podejrzliwości i więcej zaufania. Tego oczekuje
się oczywiście najbardziej od lidera. Marcin Jabłoński był przecież marszałkiem
z rekomendacji Bożenny Bukiewicz i był to dobry okres dla regionu. Inną
niestety sprawą są nasze lubuskie konflikty zielonogórsko – gorzowskie, które
wychodzą i szkodzą każdej strukturze społecznej. W PiS-ie też to wyraźnie
widać. Opozycja musi dzisiaj wznieść się ponad tymi podziałami.
N.W.:
Jest w PO obawa przed migracjami działaczy i samorządowców do Nowoczesnej Petru
?
S.C.: Nie, a przynajmniej ja nie mam
takich sygnałów. Nowoczesna jest w fazie budowania, określania się oraz wykuwania
wyrazistości. Wiele pracy przed nią i dzisiaj trudno określić, co będzie za dwa
lata. Może powstanie jedna wielka partia opozycyjna ? Dzisiaj mamy jakby trzy
Platformy: PO, KOD i Nowoczesną.
N.W.:
Dopóki macie władzę w województwie, to jest baza i nikt nie odchodzi do
Nowoczesnej, ale to się może szybko zmienić. Nie obawiacie się tego ?
S.C.: Dzisiaj
nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie czy Nowoczesna wygra następne wybory
samorządowe w regionie, czy wygra je PO, a może jednak PiS. Jedno jest pewne,
jeśli obie partie będą żyły konfliktem wewnątrz opozycyjnym, to pewnie którejś
z nich prędzej czy później uda się „zabić” drugą, ale w konsekwencji przegrają
obie i opozycja przegra. Konieczna jest konsolidacja, ale ale nie na zasadzie
wojny, lecz bardzo bolesnych i trudnych dyskusji, w wyniku których osiągnie się
w miarę sensowny kompromis.
N.W.:
Dobra, to co teraz ? Jaki plan oprócz pozbywania się nielojalnych i niepewnych.
Właściwie za kilka miesięcy trzeba już rozpocząć cichą kampanię samorządową...
S.C.: Porządkowanie struktur to sprawy
techniczne i szybko się skończą. Musimy być zwarci i silni wewnętrznie, ufający
sobie, aby w konsekwencji mozolnie odbudowywać zaufanie ludzi. Spotkania, spotkania,
spotkania, rozmowy i dobra komunikacja na różnych poziomach, także tym
narzędziowym. Myślę choćby o Internecie, bo tu jest przestrzeń i potencjał do
działania.
N.W.:
Sześć lat rzadów marszałek Elżbiety Polak to same sukcesy, czy jednak jest coś
co można uznać za porażkę lub zaniechanie, które według zaplecza politycznego miało
miejsce ?
S.C.: Świat nie
jest czarno biały i nie składa się z samych sukcesów lub samych porażek. Są
bardzo widoczne i namacalne osiągnięcia, ale i rzeczy które można było zrobić
lepiej. Ważne, że można je poprawiać. Jestem radnym wspierającym tę koalicję, marszałek
Polak i jej zarząd. Swoje opinie przekazuję i wolałbym nadal przekazywać jej osobiście,
a nie poprzez media. Generalnie region rozwija się bardzo dobrze.
N.W.:
W czym marszałek Polak jest lepsza od eksmarszałka Marcina Jabłońskiego ?
S.C.: Nie brałem nigdy bezpośredniego
udziału w pracach zarządów, ani Marcina Jabłońskiego, ani Elżbiety Polak, więc
nie potrafię odpowiedzieć na pytanie w czym jest lepsza od Marcina Jabłońskiego
i odwrotnie w czym Marcin Jabłoński jest lepszy od pani marszałek. To dwie
różne postacie, o różnej osobowości, temperamencie i charakterach. Oboje są
bardzo doświadczonymi samorządowcami, skutecznymi i wyraźnie zaznaczyły swoją
obecność w regionie i poza nim.
N.W.:
No to w czym jest gorsza ?
S.C.: A pan swoje. Powiem przewrotnie: kobiety są z Wenus, a
mężczyzni z Marsa z wszelkimi idącymi za
tym konsekwencjami dla obu stron. Tymi dobrymi i gorszymi.
N.W.:
Jest Pan w polityce „od zawsze”. Jak
bardzo zmieniła się lubuska polityka ta z tamtych czasów romantyzmu tworzenia
PO, względem tej jaką obserwujemy dzisiaj ?
S.C.: Dzisiejsza
polityka jest zupełnie inna, napiętnowana czasami szybkich obrazków i krótkich
zdawkowych informacji. Brak w niej ambitnych analiz i skupienia. Jest krzykliwa
i wyjątkowo krzykliwa, napastliwa i głośna. Może dlatego ludzie pozamykali się
trochę w domach, stali się bardziej aspołeczni, skoncentrowani na sobie i
swoich celach. Młodzi siedzą w tabletach i komórkach, tłitują, snapują i
instagrują. Większość z wyborców zdobywa wiedzę w mediach, a nie szkołach,
książkach czy poważnych analizach. To prowadzi do patrzenia na większość spraw
bardzo fragmentarycznie, płytko poprzez siebie i swoje korzyści. Nie chcę
narzekać, ale widzę to także w polityce. Dostrzegam jednak na horyzoncie nowych
romantyków. W zielonej Górze poznałem
kilku fantastycznych młodych ludzi, którzy zaczynają angażować się w sprawy
społeczne w sposób zaskakująco dojrzały.
N.W.:
Kiedyś na listy wyborcze i do partii szukało się w powiatach i gminach
osobowości oraz indywidualnosci, a dziś – jak w korporacjach –tacy ludzie to
zagrożenie ?
S.C.: Tak rzeczywiście kiedyś było, a
ja osobiście jeździłem po gminach i powiatach szukać ludzi z autorytetem w
terenie. Odnoszę wrażenie, że parę lat temu takie osoby zaczęły być w PO traktowane
jako zagrożenie. Wierzę, że to się za chwilę zmieni i wrócimy do praktyki z
początków PO. To zresztą konieczność, bo ostatni wynik do Sejmiku Wojewódzkiego
- poza Zielona Górą i Gorzowem, gdzie rzeczywiście postawiono na liderów - był
totalnym rozczarowaniem właśnie dlatego, że na listach znaleźli się ludzie,
którzy nigdy tam się znaleźć nie powinni, bo nie wnosili nic dla nikogo.
N.W.:
Bo listy konstruuje się według klucza: ten kogo mają wybrać i cała reszta, ale
aby nie za mocna, bo zagrozi partyjnym nominatom.
S.C.: Niestety, w dużej mierze to prawda,
a bierze się to stąd, że słaby lider w regionie obawia się silnych osobowości
na listach i wycina nietuzinkowe postacie. Słaby lider regionu, zawsze wybiera sobie
słabych liderów w powiatach, a Ci kolejnych słabych kandydatów na listy. To
małe i głupie, ale to nas pogrążyło. Silny lider nie boi się silnych
osobowości, bo one stanowią dla niego wartość dodaną, która buduje także jego
pozycję. Poza tym, szansą są młodzi i tam trzeba szukać potencjału dla PO.
N.W.:
Tak mówią wszyscy. Politycy potrafią mówić młodzieżowym slangiem i nawet
posługiwać się tymi samymi narzedziami, ale czy myślą tak samo ?
S.C.: Ja sam młodego pokolenia nie
rozumiem tak jak kiedyś, choć uważam, że nie jest źle, bo i emerytem jeszcze
nie jestem. Staram się nie udawać przed młodymi, że zjadłem wszystkie rozumy i
polecam to każdemu, kto chce się z młodzieżą dogadać. Młodych nie da się
ściemnić na dłuższą metę. Trzeba im uczciwie powiedzieć, że nie rozumiemy tego
i tego, że potrzebujemy ich rady i podpowiedzi. Trzeba ich słuchać, mniej
gadać, mniej „mętorzyć” i dać im
działać po swojemu, delikatnie korygując i doradzając. Muszą czuć, że traktuje
się ich po partnersku, wtedy oni zaczną się polityką interesować bardziej.
NW.
To teraz o Lubuskiem. Istnieje coś takiego jak „tożsamość lubuska” ?
S.C.: Takie myślenie i poczucie
tożsamości dopiero się wykluwa. Bardziej związani jesteśmy z poszczególnymi
miejscowościami, które mają dłuższą historię i tradycję. Śląsk, Kaszuby,
Wielkopolska, Małopolska, Mazowsze to regiony, które swoją tożsamość budowały
wiekami. Tworzymy lubuską historię dopiero od 1999 roku i istnieją już pewne
cechy wspólne dla naszego regionu, które wyróżniające nas na tle innych:
większe otwarcie na obcych czy większy optymizm, mimo średnio niższych dochodów
i zamożności. Duży wpływ na tę tożsamość ma sąsiedztwo Niemiec i położenie
między Brandenburgią a Wielkopolską – dobrze zorganizowanymi regionami. Trudno
jednak dzisiaj jakoś szczególnie dokładnie opisać, czym jest ta tożsamość, bo jest
na to za wcześnie.
N.W.:
Może nie będzie okazji, bo mimo 17 lat wspólnego województwa, te podziały na
Północ i Południe, są wciąż bardzo
widoczne.
S.C.: Nigdy nie
mogłem się z tym podziałem pogodzić i nie akceptowałem tych lokalnych większych
lub mniejszych szowinizmów.
N.W.:
Tak mówi każdy polityk w Gorzowie, po czym dodaje: „A Zielona Góra, to ...” i podobnie w południowej części regionu.
S.C.:
To
małe, powiatowe myślenie, które ogranicza rozwój obu stolic regionu. Nic bowiem
dobrego nie może wynikać ze wspólnej niechęci, często wrogości i agresji, bo
nie mówimy przecież o zdrowej konkurencji. Te szowinizmy, to łatwy chleb dla
większości polityków, którym w ten sposób najłatwiej jest budować sobie kapitał
polityczny w myśl zawołania: „Uwaga, obcy
nas biją”, choć ci „obcy”, nie wiedzą nawet, że mieli czy mają taki zamiar.
To droga na skróty. Niestety ten podział obowiązuje wszędzie: wśród
dziennikarzy, sportowców, naukowców czy kibiców. To smutne, bo jeśli elity same
nie zaczną tego zgodnie piętnować, to
czeka nas jeszcze długi okres takiej małżeńskiej patologii.
N.W.:
Małżeńską patologię rozwiązuje się poprzez rozwód. Kiedy więc skończą się
środki unijne Gorzów pójdzie do Szczecina, a Zielona Góra do Dolnego Śląska...
S.C.: ...to by była katastrofa. Paradoksalnie,
jako mało zamożny region w stosunku do krajów UE, możemy w następnej
perspektywie być jeszcze większym beneficjentem środków UE niż teraz.
Ważniejsze jednak od tego jest to, aby mimo wszystko nie uzależniać się od
dofinansowania, a obecne tak wykorzystać, żeby tworzyć innowacyjne firmy i
inteligentne specjalizacje, uczyć przedsiębiorczości i stworzyć potrzebną do
jej rozwoju infrastrukturę. Dziś nie wiemy co będzie po „Brexicie” i nie wiemy co stanie się z Europą. Najwyrazniej
przeżywamy jakiś szczególny okres w jej historii, czuć jakiś zapach wiosny
ludów, która albo zdmuchnie dotychczasową strukturę społeczną Europy, albo ją
poważnie zmodyfikuje. Narastają nacjonalizmy i te właśnie małe regionalne szowinizmy.
Cóż, nie ma rzeczy niemożliwych.
N.W.:
To niepolityczne pytanie, bo każda odpowiedź ogniskuje uwagę innych, ale tak po
ludzku: chciałby Pan kiedyś być marszałkiem i odpowiadać za region ?
S.C.:
Po
ludzku tak, to na pewno ukoronowanie pracy każdego samorządowca. Jeżeli ktoś
odpowie, że nie, a z pasji zajmuje się samorządem, to powiem, że nie jest
uczciwy z sobą i wyborcami. Rozmawiałem o tym kiedyś z marszałek Polak. Powiedziała,
że to naturalna droga, choć ja zacząłem ją jako młody człowiek trochę inaczej
od razu z wysokiego „C”, bo będąc 30-letnim wicemarszałkiem zarządzałem ogromnym budżetem unijnym, środkami na
infrastrukturę drogową oraz portem lotniczym. Dużo to mnie nauczyło, ale
najbardziej nauczyła odpowiedzialności i samodzielności praca na najniższym
szczeblu samorządu i w biznesie. Dzisiaj jednak moja droga ułożyła się nieco
inaczej i bardzo trudno powiedzieć jak potoczy się dalej.