Lansowany jest w mediach samorządowych pogląd, że prezydent Gorzowa
jest reprezentantem ruchów miejskich, co on sam stara się cynicznie eskalować i
skutecznie dyskontować, a czemu przedstawiciele Kongresu Ruchów Miejskich
zaprzeczają. Jest rośliną przypominającą trochę kwiat, a trochę chwast, ale
wyhodowaną na dobrej „ruchomiejskiej
glebie”, która nie jest dla niego odpowiednia. Wszedł na plecach „szerpów” z LDM na miejski Olimp, po czym
odciął im liny, by nie przeszkadzali w rozkoszowaniu się widokami. Zapomniał
jednak, że sam na tak wielkiej górze nic nie znaczy, bo nie jest architektem
czegokolwiek, ale jedynie kwiatkiem do kożucha, który dumnie nosi po mieście
kto inny...
![]() |
FOT.: video gazeta.pl, gorzow24, gorzowianin.com |
...a „ruchomiejska” wiarygodność prezydenta Jacka Wójcickiego jest żadna.
Rzekoma współpraca z ruchami miejskimi, to wyciagnięcie z klubu „Ludzie dla Miasta” kilku intelektualnie bezwartościowych radnych, a także zatrudnienie w mieście dwójki kompetentnych i znanych w środowisku ruchów miejskich w Polsce rewitalizatorów: Hanny Gill-Piatek oraz Wojciecha Kłosowskiego. To ostatnie nie przykryje jednak faktu, że w Gorzowie prezydent Wójcicki de facto prowadzi z ruchami miejskimi otwartą wojnę.
Rzekoma współpraca z ruchami miejskimi, to wyciagnięcie z klubu „Ludzie dla Miasta” kilku intelektualnie bezwartościowych radnych, a także zatrudnienie w mieście dwójki kompetentnych i znanych w środowisku ruchów miejskich w Polsce rewitalizatorów: Hanny Gill-Piatek oraz Wojciecha Kłosowskiego. To ostatnie nie przykryje jednak faktu, że w Gorzowie prezydent Wójcicki de facto prowadzi z ruchami miejskimi otwartą wojnę.
„Współpraca prezydenta z ruchami miejskimi to
już przeszłość, ale to nie my zeszliśmy z tej drogi. Mieliśmy program, gdzie
nie było miejsca na układanki z partiami, na karuzele personalne i zatrudnianie
ludzi, bo są z jakiegoś klucza partyjnego. Nie było tam miejsca na chowanie
spraw zwiazanych z finansami publicznymi i stąd prezydent musiał skręcić od
nas, bo my jesteśmy cały czas swoim ideałom wierni” – powiedziała kilka dni
temu w Radiu Gorzów wiceprezes związku stowarzyszeń Kongresów Ruchów Miejskich Marta Bejnar-Bejnarowicz.
Tym
samym, wypowiedziane dzień wcześniej przez prezydenta Wójcickiego stwierdzenie,
że jest inaczej, okazało się trzecią prawdą ks. Józefa Tischnera: jest święta prawda, tyż prawda i gówno prawda.
„Czy dalej pan zamierza iść razem z ruchami
miejskimi ?” – zagadnął redaktor Marcin Sasim. „Oczywiście, że tak. Bardzo dużo
programowych idei jest przez nas realizowanych systematycznie przez urzędników
i wydziały. Wielu ludzi z ruchów miejskich pracuje w naszym urzędzie i
wprowadzają te idee. Absolutnie nie potwierdzam doniesień, choć są sprawy,
które się nam rozjeżdżają, ale to dlatego, że czym innym jest iść na barykady,
a czym innym brać odpowiedzialność”- odpowiedział prezydent w rozmowie z
dziennikarzem Radia Zachód.
A
przecież to co było przez prezydenta zapowiadane i jest obecnie realizowane, w
konfrontacji z ideami Kongresu Ruchów Miejskich, to starcie dwóch różnych
cywilizacji, kultur i odległych galaktyk. Sęk jednak w tym, że Wójcickiemu na
tle polityków partyjnych, jest do twarzy z wizerunkiem włodarza spoza układów
politycznych, mimo iż jego działania rozjeżdżają się z narracją ruchów
miejskich.
Gdzie
jest mityczny gorzowski samorząd wolny od zakus partii, co solennie obiecywał
mieszkańcom w kampanii jeszcze kandydat Wójcicki ? Nie wydaje się, by do realizacji
tej obietnicy zbliżało powołanie cichej koalicji z partiami oraz nominowanie na
wiceprezydentów ludzi rekomendowanych przez PiS i PO: Artura Radzińskiego oraz Radosława
Sujaka.
„Prezydent wciąż chętnie jeździ po
konferencjach jako <prezydent ruchów miejskich> i chętnie robi sobie na
tym w Polsce PR, natomiast w Gorzowie szybko odbił się od ruchu miejskiego, od
wartości i współpracy. Oddał Gorzów niekompetentnym krewnym i znajomym królika
z okolicznych miast i wsi, jako spłatę zobowiązań finansowych z kampanii,
towarzyskich i politycznych” – to opinia charyzmatycznej liderki z tzw. „miejskiej
partyzantki” Aliny Czyżewskiej,
która sama wygłaszała niegdyś panegiryki na cześć Wójcickiego, ale szybko
zrozumiała, że był to błąd, bo osoba okazała się niewłaściwa.
„On nigdy nie wierzył w ruchy miejskie i
dowiedzieliśmy sie o tym, gdy nas odsunął, a establishmentowi wysłał sygnał, że
będzie się układał. Mógł być symbolem prawdziwego i nowoczesnego samorządu
miejskiego” – mówi w rozmowie z NW radny LdM i lieder lubuskich struktur
Partii Razem Michał Szmytkowski.
Jeśli
historia ruchów miejskich i prezydenta Wójcickiego może nauczyć, to tego, by na
listy wyborcze nie wpisywać ludzi bez doświadczenia i bezinteresownej pasji
bycia aktywnym dla innych. Tylko takie osoby nie zawiodą i nie zdradzą, gdy
będą kuszone przez cynicznych graczy. Jest podstawą do smutnych konstatacji, że
prezydent wybrał sobie jako zaplecze w
Radzie Miasta ludzi, którzy są kwintesencją cwaniactwa, stając się „słupami” bez właściwości.
Mowa
o uchodzącym za zaplecze Wójcickiego klubie „Gorzów Plus”, który szczyci się
sporą liczbą radnych, ale nikt nie wspomina o ich jakości. Klub urósł, ale jego
aktywność mocno skarlała. Jeszcze nigdy, tak niewielu i tak nieznaczących oraz
bezwartościowych ludzi – jak uciekinierzy z LdM: Przemysław Granat, Piotr
Zwierzchlewski i Aleksandra Górecka
– nie zaszkodziło idei odpartyjnienia samorządu. Wielka idea wciągnęła do niego
małych ludzi, a oni wytarli sobie nią tyłek.
„Ludzie dla Miasta mieli szansę rozpocząć
samorządową rewolucję w Polsce, a Wójcicki zniszczył to w zarodku” – dodaje
radny Szmytkowski
Kłopot z
dawnymi współpracownikami, to jedna warstwa problemów prezydenta Gorzowa, drugą
jest zaplecze na przyszłość. Podkradając LdM-owi radnych chciał ich osłabić, a
zawiązując koalicję z partiami zabić marzenia działaczy ruchów miejskich o
wpływie na miasto. W rzeczywistości stał się zakładnikiem partyjnej koalicji –
która za kilkanaście miesięcy rozsypie się jak domek z kart - i „klubu słupów”, któr nie zrobi mu kampanii
chociażby zbliżonej do tej z 2014 roku.
Ludzie dla
Miasta też nie powtórzą ostatniego sukcesu, ale w kwestii prezydentury, nic nie
jest oczywiste. Jeśli szeroko pojęta opozycja od środowiska Jerzego Synowca, przez przedsiębiorców,
ludzi kultury i społeczników typu Andrzej Trzaskowski, Mariusz Domaradzki czy
Katarzyna Milczał, a na megaaktywistach
typu A. Czyżewska kończąc, przestanie oceniać: „Z tym mi nie po drodze”, ale wykreuje kandydata – który faktycznie
już jest, choć ów kompetentna radna na ta chwilę mówi „nie” – to obecny prezydent „popłynie”
Jest jeszcze
inny, raczej najmniej realistyczny wariant, który ma swoje miejsce wśród
PiS-owskich fachowców „od knucia”.
Krążą plotki, że proces karny prezydenta został przesuniety w czasie, by wraz z
jego początkiem i oczywistym nagłośnieniem, można było wprowadzić do miasta
komisarza. Hipoteza ta brzmi dzisiaj absurdalnie, ale tu schemat jest prosty
jak wywody senatora Komarnickiego: każda metoda na zdobycie władzy w miastach
wojewódzkich jest dobra.
„Obudziliśmy potencjał współpracy i marzenia
o lepszym mieście” – mówiła w gorzowskiej bibliotece 2 października 2014 roku Alina Czyżewska , a
wtórował jej sam kandydat: „Z takimi
fantastycznymi ludźmi jesteśmy w stanie zmienić to miasto i region” .
Dziś twierdzi,
że szedł na barykady, a teraz musi inaczej...