Tak się już utarło, że polityków oceniamy nie po tym co udało im się
zrobić, ale głównie po słowach. Inna rzecz, że prawda na randce z polityką,
zawsze wychodzi zdradzona. Dziwią się wszyscy, jak to mozliwe iż 39 letni
gorzowianin przez 10 lat uwodził kobiety, a następnie wyłudzał od nich ogromne
kwoty. „Wzbudzał zaufanie i potrafił
manipulować drugim człowiekiem” – opowiadali w mediach policjanci. Czy to
nam czegoś nie przypomina ? Przecież ten opis pasuje niemal do każdego z polityków.
Gorzowianie
mają swoje zdanie o tutejszej klasie politycznej – że jest klasy pozbawiona, a
o polityce – że jest brudna i wyjałowiona z treści, ale na koniec i tak
zachowują się jak ofiary zatrzymanego przez policję oszusta matrymonialnego.
Przecież ja wiem, że on kłamie – myśli kobieta spragniona adoracji – ale robi
to tak cudownie i poprawia mi samopoczucie, uroczy kłamczuszek.
Oficjalnie
wszyscy są oburzeni, gdy na powierzchnię wydostanie się jakieś polityczne
kłamstwo. Można wtedy usłyszeć: „To się w
głowie nie mieści”, ale nawet historia lokalnego życia politycznego – ze
szczególnym uwzględnieniem okresów przedwyborczych - udowadnia, że mieści się
wszystko w głowie jak najbardziej.
Relacja
pomiędzy politykami, a wyborcami przypomina tą z włoskiego filmu: amant
rozpierany żądzą seksu, natrętnie żąda od swojej dziewczyny dowodu miłości. Ona
uznaje się za mądrą i dziewictwa łatwo oddać nie chce, a jeszcze matka dodaje:
nie ulegaj przed ślubem, bo będziesz żałowała. W końcu jednak ulega, a wtedy amant
oświadcza, że z „puszczalską” i „łatwodajką”, to on się nie ożeni.
Podobnie politycy, którzy gorliwie obiecują do czasu, gdy muszą o nas zabiegać,
ale potem liczą się dla nich jedynie osobiste układy.
Tak, dosadne i
przejaskrawione. Wszystko dlatego, że ujdzie pisanie o lokalnej polityce
Arystotelesem i Platonem w Warszawie, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu, ale w
mieście wielkości i jakości Gorzowa – oczywiście nie obrażając wielu wspaniałych i ambitnych mieszkańców –
lepiej poprzestać na terminologii bliskiej Gołocie, a więc „waleniu między oczy”.
Lokalni
politycy nie rozmawiają z wyborcami, członkami partii lub samorządowych klubów
o problemach społecznych, lecz bawią się w „celebrytów”,
a kiedy słucha się eksprzewodniczącego Jerzego
Sobolewskiego, można nawet odnieść wrażenie, że zapomnięli o świętej
zasadzie: jak nie masz nic do powiedzenia, to milcz – wtedy pomyślą, że jesteś
bardzo mądry.
Nie pomagają
lokalne media, choć z założenia powinny być mocnym wsparciem w uprawianiu
polityki. Tymczasem wszystko kręci się wokół zaproszenia do porannej rozmowy w
Radiu Gorzów, występu u Romana
Błaszczaka, fotki w gorzow24.pl lub gorzowianin.com, a pełnię zadowolenia
dopełnia komentarz w gazeta.pl oraz wywiad dla TELETOP. To wokół tych mediów
tak naprawdę kręci się lokalna polityka, której nie uprawia się już po to, żeby
zrealizować coś sensownego, lecz po to by sąsiad poznał na ulicy, obcy w TESCO
poklepał po plecach, a partnerka po raz pierwszy nie udawała w nagrodę orgazmu.
Efekt jest
taki, że biegają za dziennikarzami jak pies za suką, wymyślając kolejne tematy
konferencji prasowych lub partyjnych postulatów, a przeciętny mieszkaniec
myśli, że bycie radnym, działaczem partyjnym lub nawet posłem, to głównie
aktywność na Facebooku, występowanie w mediach oraz ustawianie się do
przecinania wstęg na nieskończonych ulicach. Wiele lat temu na wieść o
zajmowaniu się polityką młode panny krzyczły w klubach „Wow” - po czym wszystko
było łatwiejsze, a dzisiaj skojarzenie z tą gałęzią lokalnego „show-biznesu” wywołuje co najwyżej
„Uuuu” - i wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane.
Nie zmieniło
się nic - wciąż ucieka sens aktywności politycznej. To tak, jakby w zawodach
żużlowych przestało chodzić o ściganie się, kto pierwszy dojedzie do mety, a
zaczęło się świadome wjeżdżanie przeciwnikom pod koła. Owszem, „czarny sport” to rywalizacja dla ludzi o
silnym sercu i jeszcze silniejszych nerwach, ale gdyby zawodonicy zapomnieli o
sporcie – dążąc jedynie do połamania rywalowi kręgosłupa – to mielibyśmy do
czynienia z barbarzyństwem. A przecież na tym niestety polega polska polityka,
a im bardziej w dół – od województwa, przez miasto, powiaty i gminy – tym jest
gorzej.
Gorzowscy
politycy nie potrafią wyjść poza swoje intelektualne ograniczenia. Gdyby byli w
stanie to zrobić, to nie myśleli by o urzędzie miasta w kontekście
nieruchomości, ale usługi jako produktu dostarczanego mieszkańcom. Nie
dyskutowaliby o zakupie „Przemysłówki”, ale zamówieniu nowoczesnych platform
informatycznych. Tak jest im jednak
łatwiej, bo innego świata nie rozumieją, a zmian nie chcą, przeciwnie –
chcieliby cofnąć czas, aby wszystko było jak dawniej.
Poprzeczka dla
politycznych „celebrytów” znad Warty
ustawiona jest ekstremalnie nisko. Ekscentryczna kulturystka z ambicjami
prezydenckimi, ekstrener żużlowy w roli radnego niemowy, prezesi jednoosobowych
stowarzyszeń, PiS-owscy nauczyciele sprawdzający się w dużym biznesie i
administracji, olimpijski poseł niezdolny sklecić pół zdania z sensem – wszyscy
oni to gwiazady formatu „Śfinstera”,
wysokości „Dominanty” oraz głebokości
myślenia Kłodawki.
I właśnie dlatego, politycy wielu opcji –
obstawiając się takimi „egzemplarzami”
- ręka w rękę obniżyli rangę Gorzowa. Miastu i jakości uprawianej w nim
polityki, nie pomaga ciągnący się od lat ostry „foch” pomiędzy politykami, który zabrnął do miejsca, gdzie jest on
niebezpieczny dla miasta.
Hegemoni
gorzowskiej polityki niestety nie przepadają za sabą. Posłowie uznają iż
telefon do prezydenta Jacka Wójcickiego
z zapytaniem czy w czymś nie pomóc – nawet jeśli on sam nie daje sygnałów do
spotkania - lub telefon tego ostatniego do poprzednika, a dziś wicemarszałka,
to obciach większy niż występ w programie „Gorzowski
Bohater”. Ta wzajemna wrogość pomiędzy Tadeuszem
Jędrzejczakiem i Wójcickim pęta skrzydła miastu, które mogłoby latać co
najmniej tak wysoko jak Zielona Góra, ale pod naporem „nabzdyczenia się”, ledwo unosi się na wysokość Nowej Soli.
Dobra rada
publicystycznie starego dziada, brzmi następująco: łaski nikt nie robi, że
wykona telefon i spotka się, by omówić ważne sprawy miasta. Nawet jeśli będą
się wzajemnie okłamywać...
ROBERT BAGIŃSKI